Dlaczego odchodzą od nas ci, którym pomogliśmy w najtrudniejszych chwilach?
Tak to już bywa: pomagaliśmy komuś, byliśmy wsparciem w najciemniejszych i najbardziej beznadziejnych momentach jego życia. Może przeżywał stratę bliskiej osoby, walczył z ciężką chorobą, stracił majątek, pracę czy został wyrzucony z domu. Może tonął w długach i biedzie, która odbierała godność. I gdyby nie nasza pomoc, być może nie poradziłby sobie. Pozostałby na dnie…
Ale my go uratowaliśmy. Byliśmy obok przez cały ten trudny okres. Pomogliśmy mu stanąć na nogi, wyzdrowieć, poprawić swoją sytuację. Wróciły pieniądze, wróciła stabilność… A potem? Potem odszedł. Zakończył relację, zaczął nas unikać. Jak to mówią: „odwrócił nos”. Gdy próbujemy się skontaktować, odpowiada niechętnie albo wcale. Na ulicy potrafi udawać, że nas nie widzi. Relacja oziębła i zniknęła.
I zadajemy sobie pytanie: co się stało? Przecież byliśmy dla tej osoby ratunkiem, pomogliśmy jej wyjść z najtrudniejszych chwil!
Co się tak naprawdę wydarzyło?
Byliśmy lekarstwem. Opatrunkiem, który chronił ranę. Tabletką przeciwbólową, która koiła ból. Ta osoba „leczyła się” nami. A gdy wyzdrowiała, wyrzuciła niepotrzebne już opatrunki i tabletki. My przypominamy jej o trudnym czasie, o bólu i upokorzeniu, przez które przechodziła. A kto chce wracać pamięcią do takich chwil?
Oziębienie relacji wynika z dwóch powodów:
- Nie jesteśmy już potrzebni. Nie ma z nas więcej „pożytku”, jak z leku po wyleczeniu.
- Przypominamy o złym okresie. Nasza obecność budzi wspomnienia o trudnych chwilach, co obniża samoocenę tej osoby.
To trochę jak pacjent, który unika spotkania z psychiatrą czy lekarzem wenerologiem na ulicy. Po prostu nie chce przypominać sobie o czasach, gdy był w gorszym stanie.
Jak zrozumieć takie zachowanie?
Tak postępują ludzie, którzy nie są zbyt szlachetni ani wdzięczni. Ci, którzy skłonni są wykorzystywać innych, gdy potrzebują pomocy, a potem odchodzą. Gdy ktoś się dystansuje, przynajmniej wiemy, dlaczego wcześniej znalazł się w trudnej sytuacji. I dlaczego nikt inny nie chciał mu pomóc. Teraz także my nie mamy ochoty na kontakt.
Co dalej?
Nie warto się zadręczać. Takie osoby najbardziej krzywdzą samych siebie. A nas nagrodzi samo życie. Nie żałujmy swojej dobroci, bo każdy akt pomocy mówi o nas więcej niż o tych, którym pomagamy.
Czy mieliście podobne doświadczenia? Jak radzicie sobie z takimi sytuacjami? Podzielcie się swoimi przemyśleniami w komentarzach. 💬
