Moja mama już całkiem straciła wstyd – została nianią dla syna mojego byłego. I nie widzi w tym nic złego
O moich relacjach z Michałem, moim byłym mężem, nie mogę powiedzieć ani jednego dobrego słowa.
Byliśmy małżeństwem zaledwie dwa lata, kiedy dowiedziałam się, że mój wybranek jest niepoprawnym babiarzem i kłamcą. Na szczęście nie zdążyliśmy mieć dzieci ani wspólnego majątku.
Dlatego rozwiedli nas szybko i bez zbędnego hałasu. Byłego wykreśliłam ze swojego życia, choć moja własna matka wszelkimi sposobami mi w tym przeszkadzała.
Ciągle marudziła i narzekała, że jestem beznadziejnie głupia, skoro porzuciłam takiego dobrego męża.
– Wielkie rzeczy, że zdradził. I co z tego? Przecież z tobą żył. Wyżyłby się, uspokoił. Powinnaś była poczekać rok czy dwa. A teraz siedzisz sama i zostaniesz taką niepotrzebną nikomu rozwódką – tak “wspierała” mnie mama.
Na początku się złościłam, potem machnęłam ręką. Powiedziałam tylko matce, że jeśli jest taka mądra i cierpliwa, to czemu sama wyrzuciła mojego ojca sto lat temu.
Mama nadęła się i odpowiedziała, że tych sytuacji nie można porównywać. Mój ojciec był podobno niezłym draniem.
– A Michał to pozytywny człowiek. I do mnie odnosił się z szacunkiem. Twemu ojcu to on nawet do pięt nie dorasta.
Myślałam, że na tym zakończymy temat byłego. Jak bardzo się myliłam.
Nasze miasto jest niewielkie, więc co jakiś czas docierały do mnie wieści o tym, jak układa się życie Michała. Podobno ożenił się z jedną ze swoich kochanek, która rok po naszym rozwodzie urodziła mu syna. Wspólni znajomi opowiadali, że często widywali szczęśliwego ojca w parku z wózkiem.
Niektórzy nawet sobie ze mnie żartowali, mówiąc, że gdybym od razu urodziła mu dziedzica, to by nie odszedł.
Mama też parę razy z tego powodu się popisała. Nie kłóciłam się. Nie będę przecież każdemu tłumaczyć, że mąż był kategorycznie przeciwny dzieciom.
Otwarcie mówił, że przez najbliższe pięć lat żadnych niemowląt w naszym domu nie będzie. A to, że Weronika mu urodziła, to już jej przebiegłość. Trzeba było jakoś przywiązać mężczyznę do siebie.
Nowe, szczęśliwe życie byłego mało mnie interesowało, dopóki nie zadzwonił do mnie około miesiąc temu z prośbą. I to jaką!
Całkiem spokojnie, jakby nie minęły lata od naszego rozwodu, zapytał, co u mnie słychać i czym się zajmuję. Tak się zdziwiłam, że nie przyszło mi do głowy od razu go pogonić.
Odpowiedziałam, że niczym szczególnym się nie zajmuję. Michał się ucieszył.
– Skoro jesteś wolna, to nie będzie ci trudno posiedzieć z moim synem. Weronika rodzi, muszę jechać do szpitala, a nie mam z kim dziecka zostawić.
Zatkało mnie. Milczałam minutę. Potem zapytałam, czy dobrze się czuje.
– Co, upadłeś na głowę? Prosisz, żebym pilnowała obcego dla mnie dziecka?
Były się obraził. Powiedział, że jestem jego byłą żoną, więc prawie jak siostra. Nawet nie chciałam słuchać tych bzdur.
Powiedziałam mu, żeby się leczył, i rozłączyłam się. Tego zdarzenia nikomu nie opowiedziałam. Nie był wart nawet minuty mojej uwagi.
Około tydzień później pojechałam do mamy w jakiejś sprawie. A tam u niej jakiś mały chłopczyk!
– Co to ma znaczyć? Ukradłaś dziecko z ulicy? – zażartowałam.
Mama się obraziła. Za kogo mnie masz?
– To Tadeusz, syn Michała. Poznaj się – powiedziała, chwytając chłopca za rękę.
Zapytałam, co do diabła dziecko robi u niej.
– Michał poprosił o pomoc. Weronika urodziła, teraz mają problemy z noworodkiem, – tłumaczyła mama.
Przerwałam jej. Pytam, co ona ma z tym wspólnego. Przecież on ma swoje babcie. Mama powiedziała, że obie nie są w mieście, przyjadą dopiero za miesiąc.
– A ja od dawna marzę o wnuku. Ty wciąż nie możesz się zebrać, żeby urodzić, a po rozwodzie w ogóle ryzykujesz, że zostaniesz starą panną z kotami – zamruczała mama.
– Słyszysz siebie? – zapytałam mamę. – Siedzisz tu z cudzym dzieckiem. Człowiek mnie oszukiwał, twoją córkę, obrażał swoim zachowaniem.
A ty mu wszystko wybaczyłaś i teraz wycierasz nos jego potomkowi – dodałam. Mama przerwała i powiedziała, że dziecko niczemu nie jest winne. Dzieci nie odpowiadają za rodziców.
Zrozumiałam, że mama zwariowała i nie mogę jej pomóc. Rób co chcesz, powiedziałam, ale mnie w to nie mieszaj.
– Dopóki tak się poniżasz i dogodzasz byłemu zięciowi, nie chcę nic o tobie słyszeć! – powiedziałam mamie i wyszłam, trzaskając drzwiami.
Ona, oczywiście, kilka razy dzwoniła, ale nie odebrałam.
Niech się obraża, niech złorzeczy. Ja w tym teatrze absurdu nie wezmę udziału.
