Mam 56 lat, a mój mąż 57. Syn powiedział, że powinniśmy napisać testament

Wzięliśmy z mężem ślub na początku lat 80. Byliśmy bardzo młodzi – ja miałam 18 lat, a on 19. Marzyliśmy o wspólnej przyszłości, snuliśmy plany i mieliśmy wiele nadziei. Rok po ślubie urodziła się nasza córka, a dwa lata później syn – Kasia i Krzysztof. Dzieci były bardzo zżyte, zawsze trzymały się razem. Na podwórku tworzyły nieodłączną drużynę, broniły siebie nawzajem i nigdy nie pozwalały, by ktoś je skrzywdził.

Mąż dostał mieszkanie służbowe, a kiedy Kasia miała 5 lat, a Krzysztof 7, przyszła wiadomość, że przyznano nam nowe, trzypokojowe mieszkanie. Nasza radość nie miała końca, bo do tego czasu mieszkaliśmy u moich rodziców. Przeprowadziliśmy się, mieszkanie zostało sprywatyzowane, i zaczęliśmy wspólne życie na nowo. Dzieci rosły, chodziły do szkoły, a my cieszyliśmy się ich sukcesami.

Kiedy dorosły, poszły na studia – oboje na tę samą uczelnię, choć na różne kierunki. Krzysztof wybrał szkołę policealną, a Kasia studia licencjackie. Mimo to nadal byli ze sobą blisko i mieli wspólnych znajomych. Zawsze konsultowali się ze sobą w ważnych sprawach, nawet gdy chodziło o wybór partnerów.

Z czasem każde z nich znalazło swoją drugą połowę. Krzysztof wziął ślub, a Kasia wyszła za mąż. Syn zdecydował się na kredyt hipoteczny – uważał, że warto zainwestować w swoje mieszkanie, nawet jeśli będzie to wymagało wielu wyrzeczeń. Kasia zamieszkała z mężem w jego mieszkaniu, ale nigdy nie została tam zameldowana. Początkowo wszystko układało się dobrze, ale z czasem zaczęły się problemy.

Krzysztof zaczął zmieniać pracę, co wpłynęło na jego sytuację finansową. Obawiał się, że bank może odebrać mu mieszkanie, jeśli nie spłaci kredytu. Kasia natomiast coraz częściej kłóciła się z mężem i martwiła się, że może zostać wyrzucona z jego mieszkania.

My, jako rodzice, staraliśmy się nie mieszać w ich sprawy. Jednak pewnego dnia Krzysztof przyszedł do nas sam. Byliśmy zadowoleni, że odwiedził nas bez swojej żony – liczyliśmy na spokojną rozmowę. Kiedy usiedliśmy w kuchni przy herbacie, syn zaczął rozmowę:

– Musicie z tatą napisać testament. Połowa mieszkania dla Kasi, połowa dla mnie – powiedział bez ogródek.

Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Testament? Krzysztof kontynuował:

– Gdy was już zabraknie, sprzedamy mieszkanie i podzielimy pieniądze na pół.

„Gdy nas zabraknie”?! Mam 56 lat, a mój mąż 57, a nasze dzieci już myślą o naszym odejściu. Mieliśmy tyle planów – podróże, zmiana mieszkania, spokojne życie na emeryturze. A tu słyszymy, że już jesteśmy dla nich zbędni.

Nie mogłam zrozumieć, co się stało z naszymi dziećmi. Przecież zawsze byli tak blisko siebie, a teraz takie rzeczy. Zadzwoniłam do Kasi, chcąc zrozumieć sytuację. Gdy tylko odebrała, zaczęła mówić:

– Krzysztof ma chociaż mieszkanie, nawet jeśli na kredyt, a ja nie mam nic! – powiedziała z wyrzutem.

Wyglądało na to, że już wcześniej omawiali ten temat między sobą. Poczułam się zraniona. Powiedziałam dzieciom, że nie zamierzam pisać testamentu. Wierzę w przesądy – napisanie testamentu za życia przynosi nieszczęście. Po tej rozmowie zaczęły mnie nachodzić najgorsze myśli: co, jeśli postanowią nas skrzywdzić? Wiem, że to grzech tak myśleć, ale ich słowa wstrząsnęły mną do głębi.

Nie wiem, co robić. Mój mąż milczy, a ja czuję, że nasza rodzina, która kiedyś była tak zżyta, rozpadła się na kawałki. Jak można żyć z takim bólem?