Niedawno byłam świadkiem bardzo ciekawej rozmowy. Weszłam na klatkę schodową i usłyszałam, jak teściowa skarży się sąsiadce.

Ostrzegłam męża: jeśli jego matka jeszcze raz zjawi się u nas z samego rana, to on przeprowadzi się do niej. Mam już dość jej wizyt, kazań i westchnień.

Jesteśmy małżeństwem od 9 lat. Mieszkanie odziedziczyłam po babci i dziadku. Na ślub tata podarował nam jeszcze samochód. Ja prowadzę, mąż nie przepada za jazdą, dlatego dokumenty są na moje nazwisko.

Prawdopodobnie, gdyby teściowa nie wtrącała się w nasze relacje, żylibyśmy wręcz wspaniale. Ale każda jej wizyta działa mi na nerwy. Nic jej nie zadowala. Niedawno kupiłam mężowi płaszcz, a ona od razu go skrytykowała.

„Za dużo syntetyku, przewieje go na wylot.” Innym razem przyszła i od progu pyta:

– Co dziś macie na pierwsze danie?

Chcę od razu wyjaśnić, że mam małe dziecko. Nie jestem w stanie gotować kilku dań, ale lodówka nigdy nie jest pusta. Po porodzie teściowa nosiła nam jedzenie w garnkach. Bardzo się martwiła, żeby jej syneczek nie głodował i nie jadł suchych potraw.

Ratowniczka, żywicielka. Potem musiałam wywołać skandal, żeby przestała mnie zawstydzać. Świetnie sobie radziłam sama, a w naszym domu nikt nigdy nie głodował.

Kiedyś teściowa zaproponowała, żeby mąż chodził na obiady do niej. Bo ja jestem zajęta i on musi sam sobie podgrzewać jedzenie. A czy on ma łapy zamiast rąk? Wyraźnie dałam jej do zrozumienia, że taki układ mi nie odpowiada – i odpuściła.

Kiedy córka zaczęła chodzić do przedszkola, uzgodniliśmy z mężem, że ja ją zaprowadzam, a on odbiera. Na początku wszystko było w porządku. Mąż się nie skarżył. A przynajmniej nie mnie, tylko swojej mamusi…

– Neringo, zapakuj mężowi jedzenie do pracy. Nie ma czasu biegać do domu na obiad, a do tego jeszcze dziecko na głowie – pewnego dnia oznajmiła teściowa.

– Niech sobie sam zapakuje – w ogóle nie rozumiałam, co mam z tym wspólnego. Pojemniki są, jedzenie też – weź i zapakuj.

Następnego ranka po tej rozmowie obudził mnie głos teściowej. Była 6 rano.

– Upiekłam tu kotleciki i ugotowałam puree ziemniaczane. Sałatkę wymieszaj z majonezem.

W termosie jest kompot. Dobra, idę, muszę jeszcze zdążyć na pocztę.

– A co to znowu jest? – zapytałam.

– Śpij, śpij, przecież się męczysz i nie masz czasu, żeby przygotować mężowi jedzenie. A ja wstałam wcześniej i zrobiłam mu lunch do pracy.

Zrobiło mi się wstrętne i jednocześnie przykro. Lodówka była pełna jedzenia, a mąż przyjmował od mamy te pudełka z obiadami. Jeszcze mnie swoim gadaniem obudziła w jedyny dzień wolny.

A niedawno byłam świadkiem bardzo ciekawej rozmowy. Weszłam na klatkę schodową i usłyszałam, jak teściowa skarży się sąsiadce.

– Och, Walu, jak ja jestem zmęczona! Synowa nic nie chce robić. Codziennie muszę wstawać o 4 rano, żeby przygotować jedzenie dla syna. A jego żony to w ogóle nie obchodzi! Martwię się o niego, taki wychudzony.

W ich lodówce mysz by się powiesiła, jak tu nie pomóc? Jeszcze muszę wydawać swoją emeryturę, a potem ledwo starcza mi na chleb i wodę.

Wszystko nagrałam na dyktafon i włączyłam mężowi w domu. Następnego ranka jego mamusi już nie było – najwyraźniej wyciągnął wnioski. Wziął kotlety, makaron i kompot. No proszę! Nawet wszystko zapakował do pudełka!