Mąż chce, żeby jego syn zamieszkał z nami. Ja jednak nie jestem gotowa być matką dla cudzego dziecka

Od pięciu lat jestem żoną Andrzeja. Nasze małżeństwo wydawało się całkiem udane. Nie kłóciliśmy się, snuliśmy plany na przyszłość, podróżowaliśmy. Problemy finansowe nas nie dotykały – oboje pracujemy i mieszkamy w mieszkaniu, które Andrzej odziedziczył po babci.

Trzy miesiące temu dowiedzieliśmy się, że spodziewamy się dziecka. Od dawna to planowaliśmy, więc byliśmy zachwyceni tą wiadomością. Od razu zaczęliśmy myśleć o remoncie pokoju dziecięcego, oglądać ubranka, wybierać imiona… Ale, jak to bywa, życie lubi zaskakiwać.

Andrzej był już wcześniej żonaty. Z poprzedniego małżeństwa ma syna Artura, który ma teraz siedem lat i mieszka z matką w innym mieście. Wiedziałam o tym od początku i szczerze mówiąc, nie zaprzątałam sobie tym głowy. No cóż, ma dziecko – dobrze, ale nie mieszka z nami, więc nie wtrącałam się w jego życie. Wiedziałam, że Andrzej płaci alimenty i w miarę możliwości odwiedza syna.

Ale ostatnio coś się zmieniło. Stał się markotny i rozdrażniony, aż w końcu oznajmił, że musimy poważnie porozmawiać.

– Aniu – zaczął, siadając naprzeciw mnie przy kuchennym stole – sprawa wygląda tak: Olga (jego była żona) nie radzi sobie. Ma swoje problemy, nowego męża… Zaproponowała, żeby Artur zamieszkał z nami.

Czułam, jakby coś we mnie pękło. Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.

– Jak to zamieszka z nami? – powtórzyłam. – Przecież wiesz, że jestem w ciąży. Już teraz jest mi ciężko, a co dopiero później! Proponujesz mi zostać macochą? Ale ja nie chcę nią być. Marzę o byciu matką dla naszego dziecka.

– Rozumiem, że nie jest ci łatwo, ale to mój syn. Nie mogę go zostawić w takiej sytuacji – próbował tłumaczyć.

– A ja? Ja mogę? Pomyślałeś o mnie?! – podniosłam głos.

Mąż milczał.

– Andrzej, bądźmy szczerzy. Nie jestem na to gotowa. Ledwo radzę sobie z ciążą, a ty chcesz, żebym wychowywała cudze dziecko. I co to znaczy „nie mogę go zostawić”? Przecież on nie mieszka na ulicy!

– Artur to nie cudze dziecko! – zirytował się Andrzej. – To mój syn.

– Choćby i trzy razy twój! Ale ja go nie urodziłam. Nie wiem, jak się z nim dogadać, czego potrzebuje. A ty? Ty całymi dniami pracujesz. Kto się nim zajmie? Ja? Ja się na to nie pisałam!

– Aniu, nawet nie próbujesz mnie zrozumieć. To moje dziecko, jestem za nie odpowiedzialny.

– A ja? Kim ja dla ciebie jestem? Moje zdanie w ogóle się nie liczy? Dziecko powinno mieszkać z matką!

Zapadła cisza. Andrzej wstał i poszedł do sypialni, trzaskając drzwiami. Zostałam sama przy stole, próbując się nie rozpłakać.

Następnego dnia nie wspomniał ani słowem o naszej rozmowie. Ja również milczałam. Ale ta sprawa była jak drzazga – niby się o niej nie mówi, ale boli.

Kilka tygodni później Andrzej znów poruszył temat.

– W przyszłym tygodniu jadę po Artura.

– Andrzej, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – nie wytrzymałam. – Nie jestem gotowa! Nawet mnie nie zapytałeś, po prostu podjąłeś decyzję za nas oboje.

– A co mam zrobić? Zostawić go tam? Ty byś tak postąpiła?

– Ile można o tym gadać! – krzyknęłam. – Mieszka z matką, niech tam zostanie.

Andrzej spojrzał na mnie, jakbym była kimś obcym.

– Nie rozumiesz – powiedział cicho. – I nigdy nie zrozumiesz. W końcu to nie jest twoje mieszkanie i nie ty decydujesz, kto tu będzie mieszkał.

Po tej rozmowie nasze kłótnie stały się codziennością. Płacz, urazy. Z każdym dniem oddalamy się od siebie coraz bardziej.

Z jednej strony rozumiem – to jego dziecko, martwi się o nie. Ale z drugiej strony – a co ze mną? Przecież jestem jego żoną, czekamy na nasze dziecko. Czemu moje uczucia nagle przestały się liczyć?

Kilka dni później Andrzej rzeczywiście pojechał po Artura. Teraz mieszkamy we troje. A raczej oni mieszkają, a ja po prostu egzystuję w tym mieszkaniu.

Artur to miły i spokojny chłopiec, ale ja nie potrafię go zaakceptować. Patrzę na niego i wszystko we mnie się przewraca. Czuję się okropnie, bo przecież on nie jest niczemu winny. Ale nie mogę nic na to poradzić.

Andrzej widzi, że się dystansuję. Jest zły, ale nic nie mówi. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Funkcjonuję na autopilocie. Codziennie myślę, że może tak będzie lepiej: on ze swoim synem, ja z naszym dzieckiem.

Czasem łapię się na myśli, że nasze małżeństwo wisi na włosku. I jeśli nie znajdziemy wspólnego języka, to prędzej czy później ten włos się urwie.