Maria siedziała w gabinecie. – Można? – zajrzał mężczyzna przez uchylone drzwi. – Proszę wejść. Co Panu dolega? – zapytała kobieta. Mężczyzna usiadł na krześle naprzeciwko Marii. Nagle jego twarz wydała się Marii bardzo znajoma. „Przecież to Wiktor. Mój Wiktor” – pomyślała Maria, rozpoznając mężczyznę. Przesunęła wzrokiem po jego twarzy i zauważyła, że on również uważnie jej się przygląda

Maria założyła biały fartuch, wykrochmaloną czapeczkę i maseczkę, spojrzała w lustro i była zadowolona ze swojego wyglądu.

Przed gabinetem zebrała się już kolejka oczekujących na rozpoczęcie przyjęć. Pielęgniarka Irena, tęga kobieta z wiecznie niezadowolonym wyrazem twarzy, poszła po karty pacjentów. Poganiać ją to jak prosić się o kłopoty – potem cały dzień będzie zrzędzić. Maria westchnęła. Nic nie szkodzi, zrobi notatki na kartkach, a potem wklei je do kart pacjentów.

– Kto pierwszy, proszę wejść – zapytała, uchylając drzwi gabinetu.

Jedna z kobiet zerwała się z ławki i zaskakująco żwawo wbiegła do środka. Przyjęcia się rozpoczęły. Maria wysłuchiwała niekończących się skarg…

– Czy mogę? – w uchylonych drzwiach pojawił się mężczyzna, trzymający chusteczkę przy nosie.

Natknął się na gniewne spojrzenie Ireny i pośpiesznie wszedł do gabinetu, zamykając za sobą drzwi. Usiadł na skraju krzesła przy końcu biurka i głośno kichnął, ledwo zdążywszy zakryć nos chusteczką. Z oczu popłynęły mu łzy.

– Dlaczego nie wezwał pan lekarza do domu? – Maria postukiwała długopisem w biurko.

– Macie i tak dużo wezwań, a mnie tylko cieknie z nosa – odpowiedział nosowym głosem mężczyzna, wydmuchując nos w chusteczkę.

Maria rozpoznała go od razu, choć minęło z dwadzieścia lat od ich znajomości. Ucieszyła się, że maseczka zakrywa połowę twarzy i rozpoznać ją praktycznie niemożliwe. „Jak on się nazywał? Michał? Wiktor?”

„Wiktor” – przeczytała na karcie.

Dłonie zrobiły się wilgotne, brakowało powietrza pod maseczką. „Czemu się tak denerwuję? Przeżywam jak uczennica przed egzaminem”. Przesunęła wzrokiem po jego twarzy i zauważyła, że on uważnie ją obserwuje. „Czyżby mnie rozpoznał? Wątpliwe. Tańczyliśmy razem kilka razy, wielka rzecz. Mężczyźni nie zapamiętują takich drobiazgów. Weź się w garść. Uspokój się” – nakazała sobie.

***

Maria szykowała się na powitanie Nowego Roku. Mama narzekała, że córka zbyt mocno podkreśliła oczy, że na pierwszym roku powinna myśleć o nauce, że przed nią trudna sesja, od której wszystko zależy.

– Nie kapnij na sukienkę, plamy będą widoczne. Zachowuj się dobrze. Jesteś dziewczyną z porządnej rodziny… – pouczała mama Marię.

– A ty co, milczysz? Córka wychodzi nie wiadomo dokąd późnym wieczorem… – próbowała po raz kolejny zwrócić uwagę ojca.

Ojciec milczał i nie odrywał obojętnego wzroku od ekranu telewizora.

Maria z radością wyskoczyła za drzwi z torbą, w której miała buty i inne potrzebne drobiazgi.

– A czapka! – dogonił ją na schodach oburzony krzyk mamy.

Maria narzuciła kaptur na głowę, żeby nie zepsuć fryzury. Autobusy jeszcze kursowały, więc szybko dotarła do akademika.

W ciasnym pokoju było duszno i głośno. Dziewczyny nakrywały do stołu, a chłopcy tłoczyli się w kącie, skąd co jakiś czas dobiegał chrapliwy śmiech.

Około północy wszyscy zasiedli do stołu. Rozmawiali, bawili się. Potem poszli do auli na tańce. Obracająca się pod sufitem kula lustrzana rzucała kolorowe refleksy na ściany i twarze tańczących. Na miękkich, niesfornych nogach Maria skakała i wirowała z innymi w rytm muzyki.

A potem zaprosił ją do tańca sympatyczny chłopak. W sali zostało tylko kilka par. Około trzeciej zabawa zaczęła cichnąć.

Maria wróciła do pokoju. Migoczące światełka małej choinki oświetlały pomieszczenie. W półmroku długo grzebała wśród ubrań, szukając swojego płaszcza. W końcu wyskoczyła na korytarz. Ten sam chłopak czekał na nią w kurtce.

– Odprowadzę cię – powiedział po prostu, a Maria się ucieszyła.

Szli pieszo. Maria przypadkiem się poślizgnęła i wpadła w zaspę, nabierając śniegu do butów.

Wiktor złapał ją za rękę i pomógł wydostać się z zaspy. Kucnął, rozpiął suwaki przy butach i wytrzepał z nich śnieg. Przy dotyku ciepłych rąk Maria drżała, trzymając się za jego ramię.

Studiował na ostatnim roku politechniki. Do akademika zaprosił go kolega. Maria słuchała go jednym uchem, myśląc o swoim – że trudno będzie jutro wstać, że nauka nie pójdzie. Zostało mało czasu na przygotowania do egzaminów. Marzyła, by jak najszybciej wrócić do domu, przebrać się i położyć spać – była bardzo zmęczona.

– Pójdziemy jutro na lodowisko? Albo do kina? – zaproponował Wiktor, gdy zatrzymali się przed jej blokiem.

Maria uniosła głowę i zobaczyła w kuchennym oknie mamę. „Byleby się nie próbował całować” – pomyślała, a na głos powiedziała:

– Dziękuję, że mnie odprowadziłeś. Sesja trudna. Muszę się uczyć. Może innym razem? – i zniknęła w klatce schodowej, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

Nie było żadnego „innym razem”. Pisał pracę dyplomową, zdawał egzaminy. Widzieli się przelotnie kilka razy. Maria często wspominała, jak wytrzepywał śnieg z jej butów.

***

Jak każdy lekarz, Maria była przyzwyczajona do wykonywania wielu rzeczy jednocześnie: notowania w kartotece, zadawania pytań, słuchania i myślenia. „Wydoroślał, ale się nie zmienił. Nadal jest atrakcyjny. Pewnie kobiety nie dają mu spokoju” – pomyślała i w końcu się uspokoiła.

Po kilku dniach przyszedł ponownie, aby zamknąć zwolnienie lekarskie. Po jego wyjściu na skraju biurka została pudełko czekoladek. Irena prychnęła z dezaprobatą.

Miesiąc później zadzwoniła do niej przyjaciółka Marta i zaprosiła na Sylwestra. Maria próbowała odmówić. Rodzice od czasu przejścia na emeryturę niemal nie wychodzili z działki, a córka od razu uprzedziła, że będzie świętować z przyjaciółmi. Maria ustąpiła. Nie chciała siedzieć sama przed telewizorem.

– I dobrze. Czas zająć się swoim życiem osobistym. Niedługo wyjadę, a ty będziesz tu sama – skomentowała dorosła córka. – Tata w tym czasie zdążył mieć już dwoje dzieci, a ty nadal sama. I żebyś się umalowała i ogarnęła włosy – dodała szesnastoletnia Wiktoria.

Maria wybrała dla Marty książkę jako prezent, a dla jej męża kubek. Kiedy przyszła, przy stole siedziały już dwie pary, niecierpliwie zerkając na świąteczny stół i zaparowaną butelkę wina musującego. Wkrótce rozległ się dzwonek do drzwi. Ktoś z mężczyzn westchnął z ulgą:

– No nareszcie. – I zaczął otwierać szampana.

Do pokoju, za Martą, wszedł Wiktor. Maria opuściła wzrok i pochyliła głowę nad talerzem. Obok niej było wolne krzesło i właśnie tam usiadł nowy gość. „Jasne, Marta zaprosiła mnie nieprzypadkowo, żebym była dla niego parą.” Rzuciła przyjaciółce gniewne spojrzenie, ale ta udawała, że jest zajęta gośćmi.

Pożegnali stary rok, głośno powitali nowy, a potem zaczęli tańczyć.

– Pozwolisz? – usłyszała nad sobą głos.

Odwróciła się i spotkała uważne spojrzenie jasnobrązowych oczu. Przeszedł ją dreszcz, a dłonie zdradziecko się spociły.

– Ja nie…

– Przestań się wstydzić, tu są sami swoi. – Pociągnął ją za rękę zza stołu.

Kręciło jej się w głowie, a nogi jak z waty nie chciały słuchać. Jak dawno nie tańczyła z mężczyzną? Całą wieczność. Mąż nie lubił tańczyć, a po nim Maria nie miała nikogo.

– Mam wrażenie, że cię znam – usłyszała i nie od razu zrozumiała, że słowa były skierowane do niej.

Maria myślała tylko o tym, żeby nie nadepnąć partnerowi na stopy.

– No tak. Miesiąc temu byłeś u mnie na wizycie – przyznała w końcu.

– Naprawdę? Nie poznałem cię. Nie. Znałem cię już wcześniej. Przyjechałem tu pół roku temu. Zaproszono mnie do pracy. Wcześniej studiowałem w tym mieście. Ale przecież jesteś lekarzem. Skąd więc cię znam? – Zamilkł, zamyślony. – Wydaje mi się, że ty też mnie znasz.

Maria nie odpowiedziała, patrząc w bok. „Nie będę przypominać. Jeśli sobie przypomni, to…” Znowu zadał pytanie, którego nie dosłyszała przez muzykę.

– Zapytałem, czy jesteś zamężna? – Spojrzał na jej prawą rękę.

– Rozwiodłam się – odpowiedziała wymijająco.

– I masz córkę. – Zauważył jej zdziwione spojrzenie i uśmiechnął się. – W gabinecie pod szkłem widziałem jej zdjęcie. Też jestem rozwiedziony. Moja żona nie chciała mieć dzieci.

Potem odprowadził ją do domu. Ale już nie pieszo, tylko samochodem. W środku pachniało skórą, odświeżaczem powietrza i resztkami szampana.

– Może jutro gdzieś pójdziemy? – zapytał pod jej domem.

– Na lodowisko? Albo do kina? – uśmiechnęła się.

Wiktor zamyślił się na chwilę, po czym uderzył dłonią w kierownicę.

– Przypomniałem sobie! Sylwester w akademiku. To było… – znowu się zamyślił. – Rok 2000, prawda? Niesamowite. To przeznaczenie, że znowu się spotkaliśmy.

Maria dała mu swój numer telefonu, myśląc, że i tak zdobędzie go od Marty. Umówili się, że zadzwonią następnego dnia. Wysiadła z samochodu i podniosła głowę. Na tle jasnego okna kuchni zarysował się cień Wiktorii.

– Widzę, że dobrze się bawiłaś. Opowiesz, kto cię przywiózł takim wypasionym autem? – Córka w piżamie przywitała Marię w drzwiach.

– Znajomy. Chodź spać. Jutro wszystko ci opowiem – Maria demonstracyjnie ziewnęła.

Całe ferie noworoczne spędzili razem z Wiktorem. Maria zakochiwała się w nim coraz bardziej. Potem odbierał ją z pracy. Bała się zapeszyć szczęście, które przyszło tak niespodziewanie. Miała nadzieję, że może tym razem wszystko się ułoży, po dwudziestu latach.

Spotykali się potajemnie. Wiktoria uśmiechała się znacząco na usprawiedliwienia Marii, że znowu się spóźniła z pracy. Córka skończyła szkołę i wyjechała do Warszawy. Przestali się ukrywać. Po trzech miesiącach Maria zaszła w ciążę, ku radości Wiktora. Dopiero wtedy wzięli ślub.

Miłość to dziwna rzecz. Ile byś od niej nie uciekał, i tak cię znajdzie, połączy dwoje ludzi, niszcząc wszystkie dawne więzi, które istniały przed spotkaniem.