Mądrość ludowa, że im dalej krewni, tym lepsze relacje, nie wzięła się znikąd. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Mieszkaliśmy z szwagierką w różnych miastach, widywaliśmy się kilka razy w roku i mieliśmy doskonałe porozumienie. A teraz przeprowadziła się z rodziną do sąsiedniego bloku – i mam jej serdecznie dosyć

Siostra mojego męża jest moją rówieśniczką, ma prawie trzydzieści lat. Wiktoria jest gadułą, jakiej jeszcze nie spotkałam. Ale dopóki widywałyśmy się raz-dwa razy do roku, ta jej cecha mi nie przeszkadzała. Wydawało się, że dobrze się dogadujemy, więc jeden wieczór rozmów był do przeżycia.

Spotykałyśmy się głównie na Nowy Rok i urodziny teściowej. Mieszkam z nią w jednym mieście, więc Wiktoria przyjeżdżała w odwiedziny do mamy i zatrzymywała się u niej. A ja chodziłam w gości, rozmawiałyśmy i wracałam do swojego spokojnego mieszkania. Czasem już po jednym wieczorze czułam się zmęczona jej nadmierną towarzyskością, bo zdecydowanie nie jestem aż tak rozmowna.

Od roku krążyły rozmowy, że szwagierka planuje się przeprowadzić. Wyjechała do innego miasta za mężem, który tam pracował. Mieli mieszkanie służbowe, tam urodziły się ich dzieci, odkładali na własne lokum. Rok temu sytuacja zawodowa jej męża zaczęła się pogarszać, nie było sensu się tam dłużej trzymać.

Z tego, co zrozumiałam, zaproponowano mu pracę w naszym mieście. Gdy tylko stało się to pewne, rodzina szybko się spakowała i przeprowadziła. Najpierw zamieszkali u teściowej, bo planowali kupić swoje mieszkanie i wynajem na krótki okres wydawał się bez sensu. Niedawno w końcu kupili własne lokum.

– Zgadnij, co ci teraz powiem? – uśmiechnięta Wiktoria stanęła w progu mojego mieszkania. – Będziemy sąsiadkami! Kupiliśmy mieszkanie w klatce obok! Tadam!

Na początku ta wiadomość mnie nie zmartwiła. No bo co złego w tym, że blisko mieszka rodzina? Można poprosić, by zerknęła na dziecko, napić się herbaty, pomóc sobie nawzajem – same plusy. Ale Wiktoria szybko przekreśliła te pozorne korzyści.

Obecnie kończę urlop macierzyński. Teoretycznie jestem jeszcze na urlopie przez pół roku, ale od pół roku pracuję już na pół etatu zdalnie. Nie są to wielkie pieniądze, ale lepsze niż nic. No i łatwiej mi się przestawić na tryb pracy, bo inaczej w głowie miałabym tylko piosenki z dziecięcych bajek.

Wiktoria po przeprowadzce nie znalazła jeszcze pracy – i nie zauważyłam, żeby jej jakoś specjalnie szukała. Dzieci oddała do przedszkola, mąż pracuje, więc ma mnóstwo wolnego czasu. Odprowadza dzieci, żegna męża i przez resztę dnia jest wolna.

Dziwi mnie, że ma aż tyle czasu. W końcu w domu trwa jakiś remont, trzeba jeszcze wszystko rozpakować po przeprowadzce. Ale Wiktoria zdaje się niczym nie przejmować. Krótko mówiąc – całe dnie przesiaduje u mnie. Od samego rana.

Za pierwszym razem przyszła około dziewiątej. Mąż był już w pracy, ja z dzieckiem dopiero zaczynałam dzień. Skoro już przyszła, zaprosiłam ją na śniadanie. Usiadłyśmy, napiłyśmy się kawy, pogadałyśmy o niczym. Potem poszłyśmy na spacer, wróciłyśmy na obiad, ja położyłam dziecko spać i chciałam popracować.

Ale Wiktoria nie zamierzała się zbierać. Siedziała i zalewała mnie falą zupełnie niepotrzebnych informacji. Kiedy wtrąciłam się w jej monolog i powiedziałam, że muszę popracować, pokiwała głową, jakby mnie zrozumiała – po czym kontynuowała swoje paplanie.

Nie było uprzejmie wyrzucać szwagierki z mieszkania, więc kontynuowałam marnowanie czasu. Chociaż nie do końca – w czasie jej monologów udało mi się umyć naczynia i przygotować składniki na kolację. Zrezygnowałam z pomysłu pracy w ciągu dnia.

Wiktoria wyszła dopiero wieczorem, kiedy musiała odebrać dzieci z przedszkola. Po jej wizycie czułam się, jakbym fedrowała w kopalni, a nie tylko prowadziła rozmowę.

Nie wiem, jak Wiktoria w ogóle ogarnia domowe obowiązki, skoro cały czas przesiaduje u nas. Przestałam już nawet podtrzymywać rozmowy. Zastanawiałam się, czemu nie może gadać sama do siebie u siebie w domu, skoro wychodzi jej to znakomicie. Zaczęła mnie irytować.

Nie mam pojęcia, jak jej zasugerować, że jej codzienne wizyty są dla mnie męczące i wolałabym spotykać się rzadziej – choćby co drugi dzień. Uszy mi odpadają od jej trajkotania, nie rozumie aluzji, więc muszę kłamać, że jesteśmy z dzieckiem przeziębieni. Tylko że kłamać też mi się nie chce – to nieładne i można wywołać wilka z lasu.

Już poprosiłam męża, żeby z nią porozmawiał – to w końcu jego siostra. Rozmawiał, ale Wiktoria puściła to mimo uszu. Jak jeszcze mogę na nią wpłynąć, żeby nie zniszczyć relacji? Nie chcę się z nią całkowicie pokłócić, po prostu chcę, żeby trochę ograniczyła swoją obecność w moim życiu.