Zeszłej zimy moja rodzona siostra wyszła za mąż. Niby nic nadzwyczajnego, ale ma 44 lata, a jej mąż ma dwoje dorosłych dzieci. Próbowaliśmy ją odwieść od tego ślubu na wszystkie sposoby — po co jej na stare lata takie obowiązki? W Italii czekał na nią inny mężczyzna, a jednak Halina dokonała zupełnie innego wyboru
Halina, moja siostra, to naprawdę wspaniała osoba. Przez całe życie pracowała jako nauczycielka w naszej wiejskiej szkole i do czterdziestki była panną. I wcale mnie to nie dziwi. Najpierw opiekowała się rodzicami, potem pomagała mnie i moim dzieciom.
Ja wyszłam za mąż dawno temu, mam troje dorosłych dzieci — same córki. Z mężem mieszkamy osobno, ale Halina zawsze wspierała nas finansowo. Została chrzestną mojej najstarszej córki, praktycznie sama kupowała jej ubrania, a kilka razy zabierała ją nawet nad morze. Taką siostrę jak Halina to ze świecą szukać.
Za to w życiu osobistym kompletnie jej się nie układało. Jest ładna, nawet dziś wygląda młodziej, niż wskazuje metryka, a jednak nikt jej nie wybrał. Pewnie dlatego, że w naszej wiosce nie było odpowiednich kandydatów. Kiedyś, jeszcze w młodości, Halina spotykała się z Michałem, miejscowym chłopakiem, ale on ożenił się z inną.
Halina bardzo to przeżyła. Zdrady nie potrafiła zrozumieć i od tamtej pory nikogo już nie szukała. Jej młodość minęła wśród szkolnych zeszytów i cudzych dzieci. Do czterdziestki jeszcze wierzyłam, że los się do niej uśmiechnie, ale potem stało się jasne, że raczej nic się już nie zmieni.
Dwa lata temu wyjechałam do pracy do Włoch. Halina obiecała doglądać moich dzieci — za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Później zaprosiłam ją do siebie do Rzymu. Pracowałam u starszego Włocha i pewnego dnia przyszedł do nas jego syn, pięćdziesięciopięcioletni Roberto.
Od razu zauważyłam, że Halina bardzo mu się spodobała. On sam przyznał się do tego dopiero po jej powrocie do Polski. Zaczął do niej pisać, dzwonić. Namawiałam siostrę, żeby to rozważyła — przecież mogła całkiem odmienić swoje życie. Obiecała, że się zastanowi. Było lato, a zimą ogłosiła nam, że wychodzi za mąż.
O mało nie zemdlałam, gdy dowiedziałam się za kogo. Okazało się, że jej pierwsza miłość, Michał, kilka lat temu został wdowcem. Ma dwoje dorosłych dzieci — syna i córkę. Mieszkają w domu na obrzeżach miasta, zwykłym, bardziej wiejskim niż nowoczesnym. Wszędzie zaniedbanie — wyglądało to tak, jakby Halina była im potrzebna głównie jako gospodyni.
Całą rodziną prosiliśmy ją, żeby się opamiętała. Po co jej Michał z dorosłymi dziećmi, skoro we Włoszech wciąż czekał Roberto — bezdzietny, nigdy wcześniej nieżonaty?
Ślub odbył się po Bożym Narodzeniu zeszłej zimy. Przyjechałam specjalnie z Włoch. Chciało mi się płakać — nie mogłam pojąć, po co jej to wszystko. Michał postawił jeden warunek: żona nie ma pracować, tylko zajmować się domem. Halina odeszła więc ze szkoły.
Od rana gospodarstwo — gęsi, kury, indyki — potem ogród, sprzątanie całego domu, gotowanie dla wszystkich. Finansowo jest całkowicie zależna od męża, który wprawdzie zarabia niewiele, ale z dumą mówi, że „utrzymuje rodzinę”.
Obsługuje jego dorosłe dzieci jak małe — sprząta nawet w ich pokojach. Oto jej małżeńskie szczęście: służba innym.
A ja nie jestem pewna, czy ona naprawdę jest szczęśliwa. Poza domem i obowiązkami nie widzi już nic. Roberto wciąż dopytuje mnie o Halinę, jak sobie radzi. A mnie jest po prostu strasznie żal, że wszystko tak się potoczyło. Wciąż nie potrafię zrozumieć wyboru mojej siostry.
