Od prawie roku spotykam się z Romanem. Nie jestem już bardzo młoda, dlatego naturalnie liczyłam na to, że zaproponuje mi małżeństwo. Nie mogę przecież przez pięć lat chodzić tylko na randki. Coraz częściej zaczęłam poruszać temat ślubu, a Roman prosi mnie o jeszcze dwa lata cierpliwości. Mówi, że wciąż zastanawia się, czy potrafiłby zostać ojcem dla mojego dziecka
Jesteśmy razem niemal dwanaście miesięcy. Ogólnie rzecz biorąc, wszystko w nim mi odpowiada: jest wobec mnie czuły, troskliwy, potrafi miło zaskoczyć drobnymi gestami, ma spokojny, zrównoważony charakter. Jest jednak jedna sprawa, która nie daje mi spokoju — Roman twierdzi, że nie jest gotowy wziąć odpowiedzialności za moje dziecko z pierwszego małżeństwa.
Rozumiem, że miłość do nie swojego dziecka nie pojawia się z dnia na dzień. Dlatego pół roku temu, gdy mówił, że nie potrafi jeszcze traktować mojej córki jak własnej, podchodziłam do tego ze spokojem.
Teraz jednak, z mojego punktu widzenia, jesteśmy razem wystarczająco długo. Jeśli naprawdę mnie ceni, powinien traktować ten związek poważnie. Mam wrażenie, jakby zakładał, że będę bez końca spotykać się z nim bez żadnych konkretów. A ja jestem dorosłą kobietą i potrzebuję stabilizacji oraz poczucia bezpieczeństwa.
Mam 32 lata, on 33. To już wiek, w którym człowiek powinien myśleć rozsądnie o rodzinie. Tymczasem Roman wciąż powtarza, że nie jest gotowy nawet spróbować wspólnego życia, bo oznaczałoby to wejście w rolę ojca dla mojego dziecka.
Próbowałam mu tłumaczyć, że jego obawy są przesadzone i oderwane od rzeczywistości. Moja córka jest moją odpowiedzialnością, jest już samodzielna i wiele rozumie. On jednak uważa, że życie z cudzym dzieckiem to ogromny krok i bardzo duża odpowiedzialność. Prosi, żebym dała mu czas, by oswoił się z tą myślą.
Szczerze mówiąc, zupełnie nie rozumiem tych lęków. Już na samym początku naszej znajomości jasno powiedziałam, że mam dziecko i interesują mnie wyłącznie poważne relacje z myślą o rodzinie. Wtedy zapewniał mnie, że chce tego samego.
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego po roku wszystko nagle się zmieniło. A może od początku nie był ze mną do końca szczery? Jak człowiek może tak diametralnie zmienić zdanie? Zna moją córkę, dobrze się z nią dogaduje, kupuje jej słodycze i drobne prezenty, ale wyraźnie unika głębszej relacji.
Coraz częściej myślę, że dalsze tracenie czasu nie ma sensu. Za kilka lat, gdy będę miała 34–35 lat, znalezienie innego partnera, zbudowanie stabilnej rodziny i decyzja o kolejnym dziecku mogą być znacznie trudniejsze.
Nie chcę też wychowywać córki sama. Mam już dość pytań, dlaczego inne dzieci mają tatę, a ona nie, dlaczego jesteśmy tylko we dwie. Marzę o kimś pewnym u boku i o poczuciu, że jutro będzie bezpieczne.
Przyjaciółki radzą mi, żebym zakończyła ten związek i poszukała starszego, bardziej dojrzałego i odpowiedzialnego mężczyzny. Wiem, że te relacje mogą nie mieć przyszłości… ale kocham Romana naprawdę i nie potrafię tak po prostu odejść od kogoś, kto jest dla mnie ważny.
