Całą robotę w domu wykonywałam ja. Mój mąż potrafił co najwyżej wynieść śmieci. A jeśli coś mu nie pasowało — pakował rzeczy i jechał do swojej mamy. Tak bardzo starałam się być „idealną żoną”, że ostatecznie wychowałam sobie leniwego, egoistycznego i bezradnego mężczyznę. Sama go takiego zrobiłam

Z Markiem pobraliśmy się dawno temu, jeszcze na studiach. Jego rodzice sprowadzili do siebie babcię, a jej mieszkanie oddali nam. Mieli dobre intencje — „młodzi powinni mieć swój kąt”. Początek był piękny. Byliśmy szczęśliwi.

Jako wzorowa żona starałam się we wszystkim go wspierać: pomagałam z nauką, po zajęciach pędziłam do domu i od razu brałam się za gotowanie, pranie, sprzątanie. Chciałam, żeby w domu było przytulnie i bez chaosu.

Jedyna domowa czynność, którą Marek wykonywał, to wynoszenie śmieci. Po zajęciach przychodził, dostawał obiad, a potem szedł do pokoju oglądać telewizję. W weekendy wychodził z kolegami, a ja zostawałam w domu, gotując i sprzątając. Chciałam być tą „idealną żoną”, którą znajomi podziwiają.

Pierwsze problemy pojawiły się, kiedy na piątym roku zaczęłam pracować i przestałam wyrabiać się z częścią domowych obowiązków. To bardzo mu się nie spodobało. Usłyszałam, że moje problemy jego nie interesują.

Pomagać mi w domu nie chciał — „facet nie będzie zmywał podłogi ani garów”. Zaczęłam sprzątać i gotować nocami, ale ten rytm mnie wykańczał.

Zamiast pomóc — Marek spakował się i pojechał do mamy. Zostałam sama. Widzieliśmy się tylko w weekendy. Teściowa powtarzała, że „tak się nie da żyć”, ale o dziwo to mnie obwiniała — jej syn miał zawsze rację. Moje argumenty odbijały się jak od ściany. Bolało.

Po dwóch miesiącach obroniłam się, zdałam wszystkie egzaminy i skończyłam studia. Miałam więcej czasu, więc Marek wrócił. Żyliśmy jak wcześniej.

Znaleźłam stałą pracę. Nieduże pieniądze, ale zawsze. Marek nie mógł nigdzie zagrzać miejsca — a to za mało płacili, a to za daleko, a to grafik mu nie pasował. W domu siedział, z kolegami się spotykał, odpoczywał. Cały dom dalej był na mojej głowie. Po pracy biegłam gotować.

Markowi zaczęło przeszkadzać wszystko — nudził się, więc czepiał się szczegółów. Mi brakowało rąk, sił i czasu. Zamiast wsparcia — pretensje.

Teściowa oczywiście dorzuciła swoje trzy grosze. Całe życie żyła w przekonaniu, że „kobieta musi dźwigać dom”. I tak we dwie rzucały we mnie wyrzuty.

Po pół roku Marek znalazł w końcu pracę. Wracał późnym wieczorem, więc miałam czas ogarnąć dom. Trochę odetchnęłam, było lżej, awantury ustały — do czasu.

Kiedy zaszłam w ciążę, wszystko wróciło. Marek nie rozumiał mojego stanu, nie miał współczucia, wymagał atencji tylko dla siebie. W końcu znowu wyprowadził się do mamy. Lekarze kazali mi dużo odpoczywać.

Po tej informacji Marek postanowił nie wracać. „Chora baba nie jest nikomu potrzebna”. W weekendy mnie odwiedzał, a ja płakałam. Już wtedy powinnam była uciekać. Ale zostałam.

Urodził się syn, ale to nie wniosło ani spokoju, ani bliskości. Marek wrócił do domu, ale szybko wyszedł z niego znowu. Dziecko nie dawało spać, on był niewyspany, głodny, poirytowany. Nie pomagał przy dziecku — „od tego jest matka”. A ja nie wyrabiałam.

Przychodził, jadł, oglądał telewizję i szedł spać. Przez cały wieczór potrafił nawet nie podejść do syna.

Któregoś dnia, nie śpiąc już drugą dobę przez chorobę dziecka, usłyszałam kolejną tyradę wyrzutów. Wtedy nie wytrzymałam — powiedziałam mu wszystko. Jak zwykle — pojechał do mamy.

Nie widzieliśmy się miesiąc. Złożyłam pozew o rozwód, ale jakoś się pogodzilśmy. Znowu teściowa: „dziecku potrzebny ojciec”. Dałam jeszcze jedną szansę.

Minęły trzy lata. Marek pracuje, po pracy żyje po swojemu. Ja dalej robię wszystko. Pomocy z jego strony nie widzę. Mieszkamy obok siebie jak sąsiedzi. A ja — jego darmowa gosposia.

Tak bardzo starałam się być idealną żoną, że wychowałam sobie mężczyznę leniwego, wygodnego i bezradnego. Sama go takim zrobiłam. Teraz zbieram tego żniwo.