Młodzi pobrali się i zamieszkali w mieszkaniu zięcia. Moja córka ma dziś 29 lat, on — 32. Któregoś lata pojechali nad morze. Ale mąż musiał nagle wrócić do pracy — zostawił córkę z dziećmi na wakacjach, a sam poleciał z powrotem. To chyba była u niej ostatnia kropla. Zaczęła wprost mówić o rozwodzie. A ja nie mogę pozwolić, żeby straciła tak dobrego męża

Moja córka od młodości marzyła o spokojnym, dostatnim życiu. Widziała siebie jako żonę biznesmena — jakiegokolwiek: starszego, grubego, łysego, ale byleby nigdy więcej nie żyć w biedzie. To przez jej ojca, mojego byłego męża, który nic nie zarabiał i jeszcze wynosił z domu. Przez niego prawie straciliśmy mieszkanie. Rozwiodłam się w porę, ale długi spłacałam latami. Żyłyśmy w biedzie, choć przynajmniej dach nad głową został.

Dlatego córka tak bardzo pragnęła bogactwa — i najlepiej od razu. Przy tym skończyła szkołę, została pielęgniarką, więc to nie jest tak, że liczyła tylko na czyjeś pieniądze. I w końcu znalazła sobie narzeczonego — chodziła do starszej pani z ogłoszenia, żeby jej pomagać, i tam poznała jej wnuka.

Babcia była dobrze sytuowana, miała firmę, którą później wraz z mieszkaniem przepisała wnukowi. Niestety była już bardzo chora i niedługo później zmarła. Młodzi wzięli ślub i zamieszkali u zięcia. Chłopak młody, przystojny, bez rodziców. Córka — 29, on — 32.

Sam zięć nie prowadzi firmy bezpośrednio — robi to jego doświadczony wujek. To poważny biznes, wymagający wyjazdów, delegacji, pracy po godzinach. Wujek dużo od niego wymaga, bo przygotowuje go do przejęcia całości. Sprawa jest odpowiedzialna — i wyczerpująca.

Na początku córce wszystko się podobało. Nie musiała liczyć każdej złotówki, nie musiała pracować, mogła pójść do sklepu i kupić sobie sukienkę bez zastanawiania się, czy starczy do wypłaty. Na urodzenie pierwszego dziecka zięć kupił jej samochód — na kredyt, który sam szybko spłacił.

I wtedy zaczęły się jej pretensje: „Co mi po tym aucie? Z małym dzieckiem i tak nigdzie nie jeżdżę. Siedzę jak w złotej klatce. Mąż od rana do nocy w pracy. Córki nie widzi”. Potem urodziła syna — różnica trzy i pół roku. Myślałam, że przy dwójce dzieci przestanie narzekać, ale gdzie tam. Zaczęła wydzwaniać do męża do pracy, żeby natychmiast przyjeżdżał, bo dzieci za nim tęsknią i ona już nie daje rady. Do mnie mówiła ciągle o samotności.

Kiedy wnuk miał dwa lata, zabrałam dzieci i błagałam zięcia, żeby wziął urlop i pojechał z żoną nad morze — może zbliżą się do siebie. Pojechali. Po pięciu dniach zadzwonił wujek — w firmie kryzys, trzeba wracać. Zięć poleciał, a córka została z dziećmi. I to była ta ostatnia kropla. Zaczęła mówić o rozwodzie.

Przyjechała do mnie w łzach po dzieci. Powiedziała, że ich rodzina się rozpada przez jego ciągłą pracę. Dała mężowi jeszcze jeden warunek: ma dogadać się z wujkiem o więcej wolnych wieczorów albo weekendów.

Tłumaczę jej, że on dopiero się uczy, żeby potem sam przejąć firmę. Że dobry, zaradny, dom utrzymuje w całości. W czym problem? Ale dla niej teraz ważniejsze jest to, że nie ma wspólnych niedziel, nie ma wspólnego czasu z dziećmi, nie ma świąt, nie ma bliskości. A przecież sama chciała mężczyzny „z pieniędzmi”, a nie kogoś z ośmiogodzinnym etatem.

Teraz sytuacja wygląda tak: córka już nie straszy rozwodem — ona się do niego przygotowuje. Szuka pracy, mieszkania, zbiera dokumenty do sądu. Zięć wraca wieczorem tak zmęczony, że nie ma nawet siły na rozmowę.

Córka mówi: „Jak odejdę, nawet tego nie zauważy”. Może. A może jednak zauważy. Ja natomiast uważam, że robi ogromny błąd. Jak jej niby będzie łatwiej? Biegać między pracą, przedszkolem i domem? Żyć bez męża? Sama wychowywać dwójkę dzieci?

Teraz jej marzenie to znaleźć „normalnego chłopaka”, co pracuje osiem godzin dziennie i ma czas. Tylko kto ją weźmie z dwójką dzieci i takim charakterem? Nie wiem, co ona sobie wyobraża.