W ten dzień wróciłam do domu i zobaczyłam w drzwiach mojego męża z walizkami. Niczego nie tłumacząc, poprosił, żeby go nie zatrzymywać, bo swojej decyzji zmieniać nie zamierza. Jeszcze mogłabym zrozumieć, gdyby zostawił mnie dla innej kobiety, ale on odszedł dlatego, że się zmęczył i miał dość zajmowania się mną i naszym dzieckiem
– Tak, jestem draniem i bardzo złym człowiekiem, ale mam jedno życie! I tak żyć nie chcę! – oznajmił Marek, stojąc w drzwiach z walizką i szykując się do wyruszenia w to piękne samotne życie z dala od dusznego świata pieluch, butelek i pociętych nocy.
Nasz Leon miał dopiero siedem miesięcy. Był dzieckiem wyczekanym i, co ważniejsze, to Marek przekonał mnie, że już pora. Marzył o synu i w stosunku do mnie był idealny. Kiedy byłam w ciąży, zdmuchiwał ze mnie pyłki, nosił na rękach i kupował wszystko, co najlepsze, odliczając dni do wypisu.
Przez pierwsze tygodnie po narodzinach Marek naprawdę się sprawdzał: wstawał w nocy, kąpał, przewijał i nosił na rękach. Ale jego entuzjazm szybko przygasł, a potem zniknął całkiem. Zaczął zostawać dłużej w pracy, w weekendy pojawiały się nagłe „pilne sprawy”, a nawet gdy był w domu, do dziecka wcale mu się nie spieszyło.
– Zrób coś, żeby on nie wrzeszczał! – mówił ostatnio z irytacją. – Nie da się tego znieść.
A teraz postanowił. Spakował walizki.
– Dziecko to oczywiście szczęście – oznajmił. – Ale chyba nie jestem gotowy. Za wcześnie dla mnie na ojcostwo. Wybacz.
Wszyscy byliśmy w szoku. Teściowie kompletnie go nie poparli, chodzą ponurzy jak chmury. Moi rodzice, którzy jeszcze niedawno Markiem nie mogli się nacieszyć, sami nie wiedzą, co robić.
– Może ma kogoś? – pytają ze współczuciem koleżanki.
Ale ja wiem, że nikogo nie ma. Marek wyprowadził się do rodziców, po pracy jedzie prosto do domu, w żadne romanse się nie bawi.
Tylko jak to możliwe? W wieku trzydziestu ośmiu lat „niegotowy na dziecko”? „Za wcześnie na ojcostwo”? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Mój tata został ojcem w wieku dwudziestu dwóch lat i lepszego ojca sobie nie wyobrażam. Wiele koleżanek też miało młodych ojców i nikt nie narzekał, że to „za wcześnie”. Nie to, co teraz!
Czy pokolenie „dobrych ojców”, którzy chodzili z dziećmi do lasu, uczyli grać w szachy i pomagali w lekcjach, odchodzi w przeszłość, a współcześni mężczyźni stali się infantylni i egoistyczni?
A może chodzi o to, że ojcem też trzeba zostać wtedy, kiedy natura to przewidziała – gdzieś między dwudziestką a dwudziestką piątką? Może potem czas po prostu się traci, jak w balecie, i już.
Może „ojcowskie kompetencje” po czterdziestce nie rozwiną się w pełni. Bo jakoś tak przyjęto, że biologiczny zegar dotyczy tylko kobiet. A przecież mężczyźni też podlegają pewnym regułom.
W internecie nieustannie toczą się dyskusje o tym, kiedy lepiej mieć dziecko – „wcześnie” czy „później, świadomie”. Problem w tym, że zwykle chodzi wyłącznie o kobiety. A mężczyźni? W jakim wieku oni powinni zostać ojcami? Czy to nie oni mogą się w tej kwestii „spóźnić”?
