W piątek wieczorem zadzwoniła do nas teściowa i podyktowała listę zakupów. W sobotę wszystko kupiliśmy i jej zawieźliśmy. Teraz stało się to już tradycją — mama mojego męża uważa, że na emeryturze powinniśmy ją utrzymywać, bo piętnaście lat temu podarowała nam mieszkanie

— To trwa już kilka miesięcy i ja już naprawdę nie wiem, co z tym zrobić! — opowiada 39-letnia Aleksandra. — W każdy piątek wieczorem dzwoni teściowa i dyktuje całą listę rzeczy, które „powinniśmy” jej kupić. Twierdzi, że z samej emerytury nie da się przeżyć! I że to syn ma ją wspierać.

Aleksandra i jej mąż są rówieśnikami, mają piętnaście lat małżeństwa i trójkę dzieci. Najmłodszy ma zaraz skończyć pięć lat, Aleksandra nie pracuje — jest klasyczną mamą w domu: pranie, sprzątanie, lekcje, placówki, obiady, logistyka codzienności. Najmłodszy często choruje, średni ma specjalną dietę, a najstarszy wszedł w trudny nastoletni okres i nie można go teraz „puścić samopas”.

— Matka trójki dzieci ma pełne prawo siedzieć w domu! — mówi Aleksandra. — Mąż pracuje i na najważniejsze nam wystarcza. Dzieci najedzone, ubrane, chodzą na zajęcia. W tym roku byliśmy nawet nad morzem. Jasne, budżetowo, w prywatnym pensjonacie, ale byliśmy zadowoleni. Gdybym poszła do pracy, byłoby tylko więcej problemów niż korzyści.

Żyją bardzo skromnie, od wypłaty do wypłaty, praktycznie bez oszczędności. Wakacje udają się raz na kilka lat.

— Ja sobie naprawdę nie wyobrażam, żebyśmy co miesiąc dokładali jakieś dodatkowe dwie–trzy stówki dla mamy! Za jednym razem i tak schodzi nam minimum dwieście złotych, bo taniej się nie da — wzdycha Aleksandra. — Każda złotówka jest u nas policzona. Kończymy miesiąc dzięki temu, że mieszkanie jest nasze. Małe, skromne, ale własne — bez kredytu i bez wynajmu. To ogromna ulga.

— Ale jak wam się udało kupić mieszkanie przy trójce dzieci i jednej pensji?

— A no właśnie — teściowa nam je kupiła, na ślub. To była niespodzianka! Kupiła je dwa tygodnie przed ceremonią i wręczyła klucze. Wcześniej mieszkaliśmy u znajomego, który wyjechał za granicę na kilka lat. Ale miał wrócić, więc szykowaliśmy się na wynajem. A tu nagle własne mieszkanie!

— Czyli teściowa jednak wtedy pomogła?

— Tak, oczywiście. Ale wtedy miała możliwość. Była jeszcze przed pięćdziesiątką, miała bardzo dobry rok: duża premia w pracy, sprzedała działkę. I postanowiła zrobić synowi prezent. My byliśmy naprawdę wdzięczni. I wtedy, i teraz — zawsze jej za to dziękujemy.

Aleksandra unosi wzrok i twardnieje jej głos:

— Tylko proszę mi tu nie mówić, że mamy teraz „spłacać dług”! My niczego od niej nie żądaliśmy! To była jej decyzja i jej inicjatywa. Gdyby wtedy nie kupiła mieszkania — wynajęlibyśmy i też byśmy żyli.

Mimo tego wielkiego prezentu teściowa przez piętnaście lat nie zbliżyła się jakoś szczególnie do rodziny syna. Nie zajmowała się wnukami, tylko czasem grzecznie pytała przez telefon, czy wszyscy zdrowi. Gdy nie byli — wzdychała. Zjawiała się na większe święta, ale do siebie nie zapraszała. Poza mieszkaniem nigdy żadnych dużych prezentów ani dla dzieci, ani dla wnuków.

A teraz uznała, że syn ma obowiązek ją wspierać finansowo.

— Ja wam wtedy pomogłam! — przypomniała. — Teraz wasza kolej.

— Tylko że inni emeryci jakoś żyją sami, nie prosząc dzieci o dopłaty — wzdycha Aleksandra. — Moi rodzice też są emerytami. I nigdy im do głowy nie przyszło żądać, żebym im coś dopłacała.

— Ale twoi rodzice są we dwoje. Z dwóch emerytur łatwiej przeżyć niż z jednej!

— Może i tak. Ale samotni też żyją — pełno przykładów. U nas w bloku choćby dwie osoby: babcia z trzeciego, pan z piątego. Dzieci nie mają. I nie chodzą po nikogo po zakupy. Dlaczego nasza mama nie może tak samo? Powinna rozumieć, że jeśli syn będzie przeznaczał pieniądze na nią, to zabierze je własnym dzieciom. Ja bym nigdy czegoś takiego nie zrobiła. Wolałabym jeść chleb z wodą, niż zabierać wnukom ostatnie.

Aleksandra uważa, że przypominanie o prezencie sprzed piętnastu lat i domaganie się „zwrotu” jest po prostu nie fair — tym bardziej, wiedząc, że młoda rodzina ledwo spina budżet.

A teściowa jest przekonana, że syn MA obowiązek ją utrzymywać. W końcu — niech sobie policzy — ile zaoszczędził dzięki temu mieszkaniu.

Kto ma rację? Trudno powiedzieć.