A ty myślałaś, że będę na ciebie czekał wiecznie w Londynie? Wybacz, Natalia, ale to już przesada. Siedzisz tam od 15 lat, a ja co mam robić? – Stefan wcale nie czuł się winny. – I, nawiasem mówiąc, nie wymyślaj sobie niczego – dodał i gdzieś poszedł

Rozpakowywałam rzeczy z walizek, bo dopiero rano przekroczyłam próg rodzinnego domu, ale w moim sercu nie było tej radości, która zawsze mi towarzyszyła, kiedy wracałam. Tym razem miałam taki dylemat, że nie wiedziałam, co robić. Zrozumiałam, że mój mąż ma dziecko na boku.

Do Wielkiej Brytanii wyjechałam w wieku 35 lat, czyli 15 lat temu. Nie mieliśmy z mężem pieniędzy, prosiłam go, żeby coś wymyślił, ale zawsze mi mówił, że wszystko mu pasuje, a jeśli mi nie, to mam sama coś zrobić.

Nasz syn miał wtedy 15 lat, teściowa z mężem zapewniali mnie, że wszystko będzie dobrze i że się nim zaopiekują.

Mieszkaliśmy u teściów, po ślubie przeprowadziłam się jako synowa do obcej wioski. Mąż obiecywał, że to tylko na chwilę i że zbudujemy własny dom, ale na obietnicach się skończyło. Tak przeżyliśmy 16 lat w jednym niewielkim domu z jego rodzicami.

Nie mogę narzekać na teściową, była bardzo dobrą kobietą, nigdy nie powiedziała mi złego słowa, wręcz przeciwnie, to ona nauczyła mnie wszystkiego, co sama umiała.

Ale mąż, jak był bez inicjatywy, tak i został. Nie odpowiadało mi to, dlatego wyjechałam do Anglii – nie widziałam innego wyjścia z tej finansowej sytuacji. Perspektywa spędzenia całego życia w domu teściowej wcale mnie nie cieszyła.

Zaczęłam zarabiać w Anglii i dobrze, że miałam na tyle rozumu, żeby nie inwestować tych pieniędzy w dom teściów, tylko przekonałam męża, że musimy budować własny dom.

Kupiłam działkę w naszej wiosce i zaczęłam budowę. W czasie, gdy byłam na emigracji, powstał piękny, duży dom – taki, o jakim zawsze marzyłam.

Pozwoliłam tam zamieszkać synowi z synową, ale uprzedziłam, że kiedy wrócę, będę mieszkać z nimi. Nikt nie widział w tym problemu, bo dom jest naprawdę duży, a ja i tak na razie nie planowałam wracać na stałe.

Do domu przyjeżdżam raz w roku, zazwyczaj zimą, na święta. Staram się przywozić prezenty dla całej rodziny. Nie zapominałam też o sąsiadce Annie – bardzo dobrej dziewczynie, ale o trudnym losie.

Anna długo nie mogła wyjść za mąż, jak to u nas mówią, „została w dziewczynach”, a potem nagle wiadomość – pięć lat temu wróciłam do domu, a ona miała już dziecko.

Nie pytałam, kto jest ojcem, nie chciałam wchodzić jej w duszę, ale było mi jej żal, więc postanowiłam pomagać – nie pieniędzmi, ale tak – raz wysłałam ubranka dla dziecka, innym razem zabawki, smakołyki.

Wiedziałam też, że mój Stefan często u niej bywa, pomaga po sąsiedzku, bo na wsi zawsze jest dużo pracy dla mężczyzny.

Tak razem pomagaliśmy sąsiadce – skąd miałam wiedzieć, jak bardzo się myliłam? Prawda wyszła na jaw dopiero teraz, po pięciu latach.

Najpierw zadzwoniła do mnie jedna kobieta z naszej wioski, z którą często rozmawiam przez telefon, opowiadając mi nowinki.

Ostatnio zaczęła mi dawać do zrozumienia, że może nie powinnam tak ślepo ufać mężowi. I sąsiadce też.

Kiedy nie zrozumiałam, o co jej chodzi, powiedziała mi wprost, że mój mąż ma dziecko na boku i wie o tym cała wieś – tylko ja nie.

Od razu zadzwoniłam do Stefana, chciałam, żeby mi coś wyjaśnił, ale nie chciał rozmawiać na ten temat. A kiedy przyjechałam do domu, powiedział tylko, żebym niczego sobie nie wymyślała.

Tylko że tu nie ma nic do wymyślania. Spojrzałam na dziewczynkę – była jak dwie krople wody podobna do mojego Stefana. Nie rozumiem, jak wcześniej mogłam tego nie zauważyć.

Nie mam pojęcia, co teraz robić. Mąż nic nie mówi. Jestem prawie pewna, że to jego dziecko. Z rodziny nie odszedł, ale oczywiste jest, że finansowo wspiera Annę i dziecko.

Teraz Stefan mieszka sam w domu swoich rodziców, bo teściowie zmarli kilka lat temu, a do syna nie chciał przeprowadzać się beze mnie.

Dajcie mi radę – co powinnam zrobić? Jak postąpić w tej sytuacji? Nigdy bym się nie spodziewała, że mąż zafunduje mi taki „prezent”…