Aby pospacerować z Nikodemem, musiałam wcześniej ustalić czas
Mój syn jest żonaty od siedmiu lat. Wnuka doczekałam się dopiero po trzech latach od ich ślubu, i to moje szczęście, mały Nikodem, stało się łącznikiem między mną a młodą rodziną.
Na początku nie zwracałam uwagi na to, że synowa otwarcie mnie ignoruje, co zaczęło się już od naszego pierwszego spotkania. Przyszła, żeby się poznać, trochę porozmawiać, ale zamiast tego, Aleksandra siedziała przy stole, wpatrzona w telefon, ciągle coś pisząc do znajomych w mediach społecznościowych, nie krępując się czasem wyrażać swoich emocji. Syn nie reagował na zachowanie przyszłej żony, a ja musiałam udawać, że wszystko jest w porządku, chociaż bardzo chciałam przypadkowo wylać na telefon synowej trochę herbaty z dzbanka.
Tak to się u nas utarło – przy spotkaniach nie rozmawialiśmy, ograniczając się do powitania i pożegnalnego skinięcia głową, a spotykać się staraliśmy jak najrzadziej. Nawet na urodziny wymyślaliśmy wymówki, żeby nie pójść, przekazując prezenty przez syna.
Kiedy synowa zaszła w ciążę, jako kobieta starałam się jej pomóc, przychodząc do nich do domu, ale w odpowiedzi widziałam tylko jej niezadowolone grymasy, jakby mówiła: „Po co tu przyszłaś”. No cóż, kobieta w ciąży ma swoje humory, wtedy w ogóle się na nią nie obrażałam.
I w końcu urodził się wnuk. Synowa zrozumiała wtedy, co to znaczy bezsenne noce, i na moje propozycje pomocy w domu lub spacerów z Nikodemem zaczęła chętnie się zgadzać. Nastąpiła pewna odwilż w naszych relacjach, nie powiem, że się zbliżyłyśmy, ale przynajmniej komunikacja była bardziej normalna.
Wnuk rósł, a potrzeba mojej pomocy malała. Wszystko wróciło do normy – grymasy, ignorowanie, nieodpowiedziane telefony. Aby pospacerować z Nikodemem, musiałam wcześniej ustalić czas, i jeśli mama pozwalała, to spędzałam z wnukiem godzinę, półtorej.
Czasami syn sam prosił o pomoc, kiedy z Aleksandrą potrzebowali wolnego wieczoru lub dnia. Synowa ani razu nie poprosiła osobiście, bo jakże, korona mogłaby spaść!
Tak było i tym razem, kiedy z sąsiadką z działki planowałam pojechać przygotować ogród na zimę. Kupiłyśmy wapno i chciałyśmy, jak zawsze, zakończyć sezon, pomóc sobie nawzajem, potem posiedzieć, skosztować młodego wina, porozmawiać, słowem, zaplanowałyśmy cały weekend. I nagle, w piątek wieczorem, zadzwonił syn z prośbą, żebym wzięła Nikodema na weekend. Zgodziłam się, chociaż to automatycznie odwoływało wyjazd na działkę, bo zabranie tam wnuka było po prostu niemożliwe.
Zadzwoniłam do sąsiadki, przeprosiłam, a w odpowiedzi wysłuchałam od niej wykładu o moim braku asertywności. Może miała rację, nie powinnam była ciągle przymykać oczu na jawne lekceważenie synowej i na to, że mój syn nigdy jej nie strofował, nawet gdy wyraźnie przekraczała granice przyzwoitości. Ale zaczynanie z nimi konfliktu oznaczałoby utratę tych godzin i dni, kiedy widzę mojego małego wnuka, jego uśmiech, szczere oczy, czuję jego czułe rączki… Dlatego przekraczam swoje ego, odmawiam spotkań z przyjaciółkami i zawsze czekam na czas spędzony z moim wnukiem.
