Boeing nagle przechylił się na lewą stronę i z charakterystycznym dźwiękiem zaczął tracić wysokość

Ręczny bagaż wypadł z miejsc i rozsypał się na pasażerów. Dorośli pasażerowie krzyczeli, a przerażone dzieci płakały.

Stewardesy bezradnie biegały między rzędami, próbując uspokoić ludzi. Po chwili w samolocie panował już całkowity chaos i panika.

  • Co za straszna i złowieszcza śmierć… – pomyślałem, opierając się na fotelu i zamykając oczy. Gęsta apatia ogarnęła mnie od stóp do głów.

Nie chciało mi się ruszać. Nawet oddychać. Popadłem w stan kompletnego przygnębienia. Moje miejsce było przy przejściu. Po mojej lewej stronie, na sąsiednim rzędzie, siedział siwy dziadek z zadbaną białą brodą. Otworzyłem oczy i odwróciłem głowę w jego stronę. Stary również spojrzał na mnie.

  • Nie bój się, synku. Będzie dobrze – obiecał z uśmiechem.
  • Upadamy. Nie będzie dobrze. Może tylko wszyscy trafimy do nieba – odpowiedziałem ospale.

Starzec wyprostował się. W jego dłoniach były różańce. Bez słowa przebierał nimi przez kilka sekund, a potem szeroko się uśmiechnął, wyciągnął rękę i pogładził moje włosy. Jego ręka wydzielała ciepło.

  • Wszechmogący jest łaskawy. Wiem, że na pewno dolecimy. Nie bój się.

Chciałem mu wierzyć, ale nasz samolot nadal spadał, a panika nasilała się. Nagle samolot głośno zawył, kilka razy się zachwiał, i zaczął wyrównywać lot.

Po chwili Boeing leciał już równo. Kapitan ogłosił przez głośnik, że z powodu awarii jednego z silników musi awaryjnie lądować na najbliższym lotnisku.

Przez kilka razy powtarzające się krajobrazy za oknem zrozumiałem, że załoga krążąc wokół lotniska zużywała paliwo. To trwało ponad godzinę. Wreszcie zaczęliśmy schodzić. Lądowanie było bardzo gwałtowne. Samolot uderzył mocno w ziemię, kilka razy odbił się od niej, ale w końcu zatrzymał się tuż przy krańcu pasa startowego. Starzec podniósł ręce w górę, cicho podziękował Wszechmogącemu i przewrotnie mrugnął do mnie. Na wyjściu z samolotu zapytałem starca:

  • Dlaczego byłeś taki pewny, że się nie rozbiemy?
  • Mój wnuk zachorował i przez kilka miesięcy leżał w śpiączce. Lekarze mówili, że nie ma nadziei na wyzdrowienie. Ale Wszechmogący wysłuchał moje modlitwy, i tydzień temu wrócił do przytomności. Teraz szybko się poprawia. Leciałem do niego. Wszechmogący nie mógłby pozwolić na to, żeby mnie nie było, kiedy mogę go przytulić. On jest miłosierny – odpowiedział stary, znów się uśmiechając, i wyszedł z samolotu.

Kiedy mój młodszy brat dowiedział się o problemach z samolotem, przyjechał na lotnisko i długo mnie nie wypuszczał z objęć. Kiedy się uspokoił, spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy i zapytał:

  • Tam mówili, że nie masz żadnych szans na lądowanie. Mówili, że na pewno się rozbijecie, a ty jesteś taki spokojny. Masz szok?

Puknąłem go w włosy, puściłem mu oko, dokładnie tak jak stary, i odpowiedziałem:

  • Nie mogliśmy się rozwalić. Stary musiał przytulić swojego chłopca…
  • No tak. No tak – mruczał mój brat, patrząc na mnie podejrzliwie, i ruszyliśmy do domu…