Całą noc nie spałam, zastanawiałam się, co zrobić. Z jednej strony mogło mi w końcu dopisać szczęście, a z drugiej strony moja chora mama potrzebowała pomocy. Podjęłam decyzję – zabrać mamę do siebie. Byłam pewna, że mężczyzna, który zwrócił na mnie uwagę, teraz na pewno mnie zostawi. Ale się pomyliłam – on mnie wsparł i kilka dni temu przywieźliśmy mamę do mojego domu

Historia, która zdarza się w wielu rodzinach – kto powinien opiekować się starszymi rodzicami.

Urodziłam się i wychowałam w wielodzietnej rodzinie: nie byłam planowanym ani długo oczekiwanym dzieckiem. Mam dwie siostry i dwóch braci. Bracia ukończyli prestiżowe kierunki na najbardziej znanym uniwersytecie w mieście, regularnie wyjeżdżają służbowo za granicę. Dzieci braci mają wielkie nadzieje, w wieku 6-7 lat swobodnie mówią po angielsku, latem odpoczywają na lazurowych wybrzeżach. Żony jeżdżą drogimi samochodami.

Z siostrami od dzieciństwa nie miałam dobrych relacji. Mama zmuszała je do opieki nade mną, co bardzo je drażniło, złość i uraza do mnie narastały przez lata. Gdy dorosłam, w ich oczach pozostałam nieznośnym, małym dzieckiem.

Życie i kariera obu sióstr ułożyły się jak najlepiej. Jedna jest znaną prezenterką radiową, czasami pojawia się na ekranie telewizora. Druga wyszła za biznesmena: żyje jak w bajce, niczego sobie nie odmawia.

Z braćmi ani siostrami nie utrzymuję kontaktu. Nie dlatego, że nie chcę, oni nie są gotowi mnie zaakceptować. Nie uważają mnie za pełnoprawnego członka rodziny. Zresztą, jak i rodzice.

Jeszcze w dzieciństwie zasługi braci i sióstr były chwalone przy każdym gościu. Z wielką miłością pokazywano nagrody i zdjęcia z konkursów. O mnie nigdy nie mówiono. Miałam wrażenie, że mnie nie ma. Miałam piętno niepotrzebności.

W szkole nie miałam szczególnych osiągnięć. Po szkole ukończyłam kursy krawieckie. Od dzieciństwa lubiłam szyć sukienki dla lalek. Byłam zadowolona ze swojej pracy. Ale to też było powodem do kpin. Krewni żartowali ze mnie, nazywając „znanym krawcem”. Przyzwyczaiłam się i nie reagowałam.

Aby nie przeszkadzać ani rodzicom, ani siostrom, po szkole przeprowadziłam się i mieszkałam w internacie. Jak tylko ukończyłam studia, wynajmowałam mieszkanie na własną rękę. Nikt mi nie pomagał.

Ale w moim świecie jest miejsce na szczęście: poznałam wspaniałego człowieka. Po trzech miesiącach pobraliśmy się i czekaliśmy na dziecko. Ale szczęście nie trwało długo. Mąż z synem mieli wypadek, rozbili się w busie. Syn miał zaledwie trzy lata.

Ale nawet w tak trudnych chwilach nie otrzymałam wsparcia od bliskich, nie było nawet współczucia. Przetrwać ten nieznośny ból pomogły mi koleżanki z pracowni.

Od tragedii minęło około dziesięciu lat. Ból ustał, pozostały tylko wspomnienia chwil szczęścia.

Niedawno w moim życiu ponownie pojawiła się iskierka nadziei. Zaczęłam dostawać bukiety i kartki z komplementami. Okazało się, że adoratorem był nowy dyrektor pracowni. Niedawno się rozwiódł. Może nam się uda.

Ciszę rodzinną przerwał niespodziewany telefon. Ojciec zmarł trzy lata temu, a matka miała udar. Jest w ciężkim stanie, prawie bez ruchu. Potrzebuje opiekunki. Bracia i siostry stanowczo odmawiają porzucenia swojego zwykłego rytmu życia, a ja jestem tylko krawcową, nie mam nic do stracenia. W tej chwili przypomnieli sobie o mnie.

Mój telefon dzwonił kilka razy dziennie. Grozili mi, prosili, kusili mieszkaniem, które zostanie odziedziczone. Nawet w tym momencie byłam dla nich jakąś sprzedajną lalką, która łatwo ulega groźbom lub pochwałom. Ale to nie o mnie.

Nie pozwolę sobie dłużej być celem ich kpin. Moja prawdziwa rodzina zginęła razem z moim mężem i synem. Innej rodziny nigdy nie miałam i mieć nie będę.

Całą noc nie spałam. Z jednej strony – mogło mi w końcu dopisać szczęście, a z drugiej strony – moja chora (chociaż kochała mnie mniej niż innych) mama, która potrzebuje pomocy. Podjęłam decyzję – zabrać mamę do siebie.

Byłam pewna, że mężczyzna, który zwrócił na mnie uwagę, teraz na pewno mnie zostawi. Ale się pomyliłam, wsparł mnie, i kilka dni temu przywieźliśmy mamę do mojego domu.