Chciałam sprawić przyjemność synowi i synowej czymś domowym i smacznym. W niedzielę ulepiłam pierogi, zrobiłam gołąbki, żeby oszczędzić Sofii czas w kuchni, i wszystko im zawiozłam. Synowa tylko skrzywiła się i rzuciła chłodno: „Nie trzeba było, moja mama dziś przyjeżdża i przywiezie jedzenie”. Zrobiło mi się przykro, ale tłumaczyłam sobie, że jeszcze się do siebie nie dotarłyśmy, że Sofia się do mnie przekona i to się zmieni

Mam dwoje dzieci: córkę i syna. Córka wyszła za mąż i przeprowadziła się do innego miasta, więc widzimy się rzadko — i ją, i wnuki znam głównie ze zdjęć. Całą nadzieję pokładałam w synu. Bardzo czekałam na to, żeby zostać babcią. I w końcu niedawno się ożenił.

Synową od razu przyjęłam jak własną córkę. Starałam się, dbałam, myślałam, że tak właśnie powinno być. Niestety, najwyraźniej ją to tylko drażniło.

Byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie, kiedy syn powiedział mi, że zostanę babcią. W euforii wykupiłam pół działu dziecięcego: ubranka, zabawki, książeczki… Pękałam z radości i nie mogłam doczekać się wnuka.

Z drugiej strony coraz bardziej martwiło mnie to, że między mną a synową nie zawiązywało się żadne ciepło. Przecież robiłam dla nich wszystko, co mogłam. Marzyło mi się, że kiedyś posiedzimy razem przy kawie i zwyczajnie porozmawiamy. Nigdy do tego nie doszło.

Gdy przychodziłam do nich (nigdy z pustymi rękami!), Sofia bez większego zainteresowania wrzucała torbę z rzeczami do szafy i wyciskała przez zęby krótkie „dziękuję”. Mogła chociaż udawać, że ją to cieszy.

Kiedy przygotowywałam im coś do jedzenia, żeby jej ulżyć — pierogi, gołąbki, kluski śląskie — i przywoziłam, reakcja była ta sama: chłód. Czasem dodawała: „Naprawdę nie trzeba. Moja mama wszystko dziś przywiezie”.

Bolało mnie to, ale powtarzałam sobie, że jeszcze się dotrzemy. Że to kwestie czasu. Że Sofia w końcu się oswoi.

Kiedy Sofia urodziła, byłam najszczęśliwszą babcią w kraju. Chciałam jak najszybciej zobaczyć wnuka. Po wyjściu ze szpitala próbowałam zaproponować pomoc — chciałam choćby przychodzić na dwie, trzy godziny dziennie. Zobaczyć malucha. Odciążyć synową.

Ale za każdym razem słyszałam: „Nie trzeba. Mamę mam do pomocy”. Teściowa wzięła nawet urlop, żeby zostać z nimi.

Minęły dwa tygodnie, a ja nadal nie doczekałam się zaproszenia, więc w końcu poszłam sama. Nie mogłam już wytrzymać z tęsknoty — chciałam wziąć wnuka na ręce, ponosić, nasycić oczy jego widokiem.

Sofia otworzyła drzwi z miną, która nie pozostawiała złudzeń. Nie była zadowolona. Nie zaproponowała nawet herbaty, mimo że przyniosłam prezenty.

Tak było za każdym razem. Każdą moją ofertę pomocy odrzucała, mówiąc, że jej mama już wszystko zrobiła i że nic nie jest potrzebne.

Gdy prosiłam, żeby pozwoliła mi wyjść z wnukiem na spacer — odpowiadała: „Idę sama”. I tak w kółko. Nie rozumiałam, co się właściwie dzieje.

Z jej rodziną zawsze żyliśmy poprawnie, ale z czasem teściowa zaczęła traktować mnie podejrzliwie chłodno.

O pierwszych sukcesach wnuka — pierwsze uśmiechy, przewroty, pierwsze dźwięki — dowiadywałam się tylko od syna. Marzyłam o tym, żeby przeżywać to razem. Jedyną szansą było przychodzenie wtedy, gdy syn był w domu — przy nim Sofia się hamowała i nie mogła zakazać mi kontaktu z wnukiem. Nie skarżyłam się synowi, bo nie chciałam mieszać go w konflikty.

Prawdziwą przyczynę poznałam dopiero po roku. Kiedy rozmawiałam z teściową, ta zarzuciła mi, że „nie chcę pomagać dzieciom”, że wszystko spada na nią, że się wyczerpała, a ja „siedzę w domu i nic nie robię”.

Zamurowało mnie. Okazało się, że Sofia przez cały rok mówiła swojej mamie, że prosi mnie o pomoc, a ja jej odmawiam.

Zalały mnie jednocześnie żal i niezrozumienie. Opowiedziałam teściowej, jak to wygląda naprawdę.

Następnego dnia Sofia zadzwoniła i poprosiła o rozmowę. Kiedy przyszłam, siedziała zapłakana obok swojej mamy. W końcu powiedziała prawdę.

Bała się, że wnuk pokocha mnie bardziej niż jej mamę.

Przeprosiła. Powiedziała, że nie chciała tak tego popsuć. Obiecała, że więcej tak nie będzie.

Od tamtej pory nasza rodzina jest o wiele silniejsza. I, co najważniejsze — dużo bardziej normalna.