Cieszę się, że w końcu wydałam moją córkę, ale zięć opowiada nam bajki
Nazywam się Teresa Kowalska i przez długi czas marzyłam o tym, aby moja córka Agnieszka znalazła szczęście w małżeństwie. Moja ukochana córeczka to prawdziwa piękność, jednak nie potrafiła znaleźć odpowiedniego mężczyzny aż do osiągnięcia 25. roku życia. W końcu pojawił się Tomasz – syn mojej znajomej, z którym Agnieszka spotykała się przez kilka miesięcy. Szybko przyzwyczaiłam się, że ten nieśmiały młodzieniec stał się stałym gościem w naszym domu. Mimo to miałam pewne wątpliwości: wydawał mi się zbyt niepewny siebie, niezdecydowany – czy poradzi sobie z budowaniem kariery i zapewnieniem naszej rodzinie stabilnego bytu?
Po ślubie para zamieszkała u mnie. Nie miałam nic przeciwko temu, bo od dawna cieszyłam się obecnością nowego mężczyzny w rodzinie. Tomasz niedawno podjął pracę w dużej miejskiej firmie, a wynagrodzenie i warunki zatrudnienia były dla niego satysfakcjonujące. Agnieszka natomiast zdecydowała się pracować na pół etatu, a resztę czasu poświęcała domowym obowiązkom. Ja zaś nadal pracowałam jako sprzedawczyni na targu – handel to nie tylko zawód, to moje powołanie! Każdego ranka, sześć dni w tygodniu, wyruszałam na rynek, a dzięki okazjonalnym, wyjątkowym przysmakom, które trafiały na nasz stół, wszelkie trudy dnia rekompensowały się.
Pewnego dnia Tomasz przyszedł do domu z niepokojącą wiadomością. W jego miejscu pracy rozpoczęto redukcję etatów w wyniku reorganizacji, a niestety, został zwolniony. Dla naszego budżetu była to ogromna strata, mimo moich dodatkowych bonusów. Tomasz musiał natychmiast rozpocząć poszukiwania nowej pracy. Jednak Agnieszka, przyzwyczajona do swojego elastycznego grafiku, nie chciała zmieniać swojego trybu życia – często spała aż do południa.
Widząc, jak sytuacja zaczyna się pogarszać, postanowiłam wesprzeć rodzinę na miarę swoich możliwości. Na szczęście targi znów mi pomogły – zamiast byłego sprzątacza terenu, udało mi się zdobyć posadę na zastępstwo. Choć była to tylko dorywcza praca, dodatkowy zarobek był nieoceniony.
Minęło już pół roku, a Tomasz nadal był „w poszukiwaniach”. Przeglądał ogłoszenia, uczestniczył w rozmowach kwalifikacyjnych, lecz żadne stanowisko nie wydawało mu się odpowiednie. Zawsze znajdował wymówki – za długie dojazdy, zbyt niskie wynagrodzenie czy niewygodny grafik. Co gorsza, ciągle zapewniał mnie i Agnieszkę, że wkrótce znajdzie pracę na podobnych warunkach, jakie miał wcześniej, i że wszystko wróci do normy.
Ja, pracując od rana do wieczora, nie narzekałam – dzięki mojej pracy udało mi się uchronić rodzinę przed zadłużeniem. Wszyscy byliśmy dobrze nakarmieni i ubrani, lecz widziałam, że Tomasz odrzuca normalne oferty pracy, każdorazowo znajdując kolejne usprawiedliwienia. Stał się leniwy i bezczynny, przekonany, że skoro w lodówce zawsze pełno jedzenia, a rachunki są opłacone, to nie ma potrzeby szukać zatrudnienia.
Najbardziej bolało to, że nie tylko nie angażował się w obowiązki domowe, ale również pozostawiał mnie samą, gdy w sobotę wychodził z domu rano, by „szukać pracy”, a ja spędzałam cały dzień, zajmując się domem i dziećmi.
Wciąż ciężko pracuję za trójkę, nie wiedząc, jak wpłynąć na sytuację, która coraz bardziej przypomina bajkę opowiadaną przez zięcia. Ta historia stała się dla mnie bolesnym przypomnieniem, że niezależność i odpowiedzialność to fundamenty każdej rodziny. Mam nadzieję, że moje doświadczenie będzie przestrogą i lekcją dla innych – by nie popadać w iluzję, że wszystko jest w porządku, gdy w tle słychać jedynie puste bajki o „wkrótce znalezionej” pracy.
