— Co się rozsiadłaś? Natychmiast przygotuj kolację! — mąż uderzył pięścią w stół
Zofia weszła do mieszkania. Uderzył ją w nos zapach śmieci, choć wspominała synowi, że powinien być bardziej staranny i miała nadzieję, że wyniesie je rano. Wydawało się, że nawet mruknął, że to zrobi, ale worek ze śmieciami wciąż stał w rogu przedpokoju. Zosia rzuciła torbę na półkę i sama zabrała się za wynoszenie przygotowanego worka. Tak było zawsze: nie mogła doprosić się syna ani męża.
Czasami było jej przykro. Miała wrażenie, że syn traktuje ją jak maszynę spełniającą wszystkie jego życzenia. Nie obchodziło go, co czuje, jakie ma problemy, chciał tylko otrzymać to, czego potrzebował. Jak to się stało? Zosia wspominała rodziny swoich przyjaciółek. Dzieci im pomagały, wspierały, troszczyły się o nie, a ona otrzymywała jedynie wyrzuty, zarówno od męża, jak i dorastającego syna, który niedawno skończył jedenaście lat.
— Mamo, potrzebuję nowe dżinsy — powiedział Kacper pewnego wieczoru, wracając z podwórka.
— Przecież niedawno ci kupowałam — zdziwiła się Zofia.
— Podarły się — rozłożył ręce syn i niewinnie spojrzał na matkę.
— Kacper, gdzie ty tak chodzisz, że co chwilę coś się dzieje? Przecież ja nie drukuję pieniędzy. Poproś ojca.
— Mamo, wiesz, że zacznie krzyczeć, i to nie tylko na mnie, ale i na ciebie — powiedział Kacper ściszając głos.
Miał rację, mąż wiecznie ją obwiniał: źle wychowała syna, źle coś zrobiła, źle odpowiedziała.
— Dobrze, coś wymyślimy z tymi dżinsami — westchnęła Zosia. — Będziesz jadł kolację?
— Tak, usmaż ziemniaki, bo zupa jest niesmaczna.
— Kacper, to długo trwa. Właśnie wróciłam z pracy.
— Poczekam. Smaż, póki co — chłopiec skierował się do swojego pokoju.
Znów jej nie usłyszał. Nie obchodziło go, że matka jest zmęczona i dopiero co wróciła z pracy, że chce odpocząć, a nie smażyć ziemniaki przez kolejny godzinę.
— Co się rozsiadłaś? Też jestem głodny jak wilk! Natychmiast przygotuj kolację! — mąż wtrącił się do rozmowy, uderzając pięścią w stół.
Łzy piekły w oczy, a w gardle stał znajomy już gul. Zosia wypiła szklankę wody i zaczęła obierać ziemniaki.
Czasami Zofia miała wrażenie, że syn i mąż dręczą ją celowo. Syn jakby specjalnie coś robił źle, a potem mrugał oczami, jakby nie miał z tym nic wspólnego. Nocami kobieta często o tym myślała. Nie mogła zrozumieć, kiedy to wszystko się zaczęło i dlaczego. Z wielkim trudem oczekiwała narodzin syna, bardzo bojąc się go stracić.
Mąż, Jerzy, po prostu zaakceptował jej ciążę, ale nie okazywał radości, wręcz przeciwnie, narzekał, że wkrótce będzie musiał pracować sam. Ale Zosia, uniesiona na skrzydłach przyszłego macierzyństwa, starała się tego nie zauważać. Młoda matka dosłownie zanurzyła się w dziecku: biegła na każde jego wezwanie, wybaczała psoty, a potem i grubiaństwa wobec siebie. Chłopiec zawsze bał się ojca i nie pozwalał sobie na żadne wykroczenia wobec niego, wręcz przeciwnie, starał się mu nie wchodzić w drogę, za to z matką w ogóle się nie liczył, traktując ją jak mechanizm do zaspokajania różnorakich potrzeb ojca i swoich.
„Co zrobiłam nie tak?” — myślała podczas kolejnej bezsennej nocy Zosia. — „Gdzie popełniłam błąd? Dlaczego syn traktuje mnie jak rzecz? Czy po prostu kopiuje ojca?”
Pewnego dnia Zosia przyszła w odwiedziny do swojej najlepszej przyjaciółki, Rity. Postanowiły urządzić sobie małe przyjęcie i napić się kawy z ciastkami.
— Rita, nie mogę już tego znieść. W porządku, Jerzy traktuje mnie, delikatnie mówiąc, jak służącą, ale Kacper… Przecież robię wszystko dla niego… — łzy popłynęły po jej twarzy.
— Co się stało, Zosiu? — zapytała współczująco przyjaciółka.
— Po prostu mnie przytłoczyło, Rita. Kacprowi w ogóle nie zależy na moich problemach, chce tylko rozwiązać swoje. A kto ma je rozwiązać? Oczywiście ja! Ojca się boi, a ja nie chcę dodatkowych kłótni. Czuję się jak w dusznej celi, a nie mogę znaleźć wyjścia.
— Zosiu, Zosiu, zawsze ci mówiłam: nie możesz się całkowicie poświęcać mężczyźnie, a tym bardziej dziecku. Musisz zrozumieć, że Kacper nie zdaje sobie sprawy, że może ci być smutno, boleśnie, źle, ciężko i tak dalej.
— Chcesz powiedzieć, że on jest głupi? — zapytała Zofia, wycierając oczy chusteczką.
— Absolutnie nie. Po prostu nigdy mu tego nie mówiłaś. Robisz dla niego wszystko, bez względu na to, czy jesteś chora, czy zmęczona…
— Przecież to moje dziecko — zaprotestowała Zosia.
— Tak, to twoje dziecko, Zosieńko. A dziecko musi wiedzieć, że mama nie jest robotem, mama jest człowiekiem z takimi samymi potrzebami, jak on. Mama też może być smutna, płakać, cierpieć, chorować, męczyć się. Czy często mówiłaś Kacprowi, co czujesz?
— Nie wiem — Zosia zamyśliła się.
— No właśnie! Kacper nie zdaje sobie sprawy, że jesteś żywą osobą. Taki niezawodny robot spełnia jego kaprysy bez zbędnych słów, nie narzeka, nie gani go. Bardzo wygodnie. Ojca tak przecież nie traktuje.
— Boi się go, Rita. Chowa się, kiedy ten wraca do domu, bo ciągle jest niezadowolony, karci go, stara się wychowywać.
— Jerzego znam. Nie musisz mi opowiadać. Kiedy przychodzę do ciebie, też mam ochotę się schować przed nim. Dusi wszystkich, także ciebie. Taki ma charakter. Ale najgorsze jest to, że Kacper przenosi cały ten strach na ciebie, jakby odreagowuje, rozumiesz? A ty starasz się jak możesz. Stąd wynika, że celowo ci dokucza: drze spodnie, rozrzuca rzeczy, robi ci przykrości. To chłopak testuje twoje granice. Jesteś mamą bez granic, tak ci powiem, moja droga. Będzie jeszcze gorzej, jeśli nie podejmiesz kroków.
— Jakie kroki, Rita? — Zosia spojrzała na przyjaciółkę, przestając płakać.
— Musisz nauczyć się mówić o swoich uczuciach. Tak radzą psycholodzy. Nie musisz na każde wezwanie dziecka robić, co chce, nawet karmić. Załóżmy, że czujesz się źle. Powiedz, że potrzebujesz odpoczynku, drzemki, że coś cię boli lub jest ci przykro, cokolwiek! Wtedy syn zrozumie, że jesteś żywym człowiekiem. Mów mu o swoich problemach. Z czasem nauczy się cię słyszeć. Jego światopogląd radykalnie się zmieni. Trzeba to robić teraz, zanim osiągnie trzynaście, czternaście lat. Później będzie znacznie trudniej. Więc działaj
, przyjaciółko!
Tej nocy Zosia nie mogła zasnąć. W głowie miała słowa przyjaciółki. Miała rację: Zosia biegła na każde wezwanie syna, bez względu na stan. Tak było zawsze: od czasów, gdy był malutki, i później, nawet teraz starała się zaspokajać każdą jego potrzebę, nie wymagając nic w zamian. Dlaczego syn rozumiał, że ojciec jest zmęczony, chory lub coś jeszcze? Bo ten żył swoim życiem, nie poświęcając się nikomu. Otwarcie mówił o swoich potrzebach, problemach lub po prostu prosił, by go nie ruszać, a czasem wywoływał kłótnie, by w domu była cisza, bo potrzebował odpoczynku.
Zosia zaczęła wspominać. Rzeczywiście, często Kacper odreagowywał na niej, gdy ojciec go karcił lub starał się wychowywać, narzucać swoje zdanie. Dlaczego wcześniej Zosia tego nie zauważyła? Albo nie chciała zauważyć? Postanowiła spróbować zmienić sytuację z synem, tak jak radziła przyjaciółka Rita. Miała rację. Trzeba działać szybko, zanim dojdzie do prawdziwej katastrofy.
— Mamo — zaczął Kacper po raz kolejny — gdzie jest moja torba na telefon?
— Nie wiem, gdzie ją zostawiłeś, tam szukaj — odpowiedziała Zosia, nalewając sobie herbatę.
— Jak to? Znajdź mi ją! Koledzy już na mnie czekają przed blokiem!
— Kacper, masz już jedenaście lat. Szukaj sam. Jestem zmęczona po pracy i chcę spokojnie wypić herbatę.
— Nigdy nie byłaś zmęczona. Nagle zmęczyłaś się? — mruknął syn i poszedł szukać torby.
Po minucie torba wisiała już na jego biodrze.
— No widzisz, znalazłeś sam! — Zosia klasnęła w dłonie. — Sam potrafisz sobie poradzić.
Kacper nic nie powiedział i wyszedł z domu.
Zosia czuła się zwycięska. Udało jej się! Zrobiła to! Nie rzuciła się na każde wezwanie, a dała do zrozumienia, że potrzebuje odpoczynku. Reakcja syna ją zaskoczyła. Naprawdę nie zdawał sobie sprawy, że matka może się zmęczyć. Na jego twarzy malowało się prawdziwe zdziwienie, kiedy to powiedziała! Zofia postanowiła nie rezygnować i kontynuować w ten sposób. Niech syn wie, że nie jest robotem. Czasami specjalnie mówiła o swoich uczuciach i prosiła syna o pomoc.
— Kacper, jesteś w domu? — zadzwoniła kiedyś do syna.
— Jestem — mruknął ten.
— Spotkaj mnie na przystanku, proszę, mam ciężkie torby.
— Mamo, sama nie doniesiesz?
— Nie, nie doniosę. Mam dorosłego syna, który może mi pomóc. Jedzenie, które niosę, będą jeść wszyscy, nie tylko ja — odpowiedziała matka i rozłączyła się.
Kiedy Zosia wysiadła z autobusu, Kacper czekał na nią na przystanku. Dała mu jedną torbę, i poszli do domu. Kacper nie narzekał, nie skarżył się. Zrozumiał, że matka naprawdę potrzebuje jego pomocy.
— Mamo — nagle zapytał w drodze — dlaczego wcześniej mnie nie prosiłaś? Zawsze mówiłaś: sama sobie poradzę, „Nie dotykaj, szybko to załatwię”.
Zosia poczuła się jakby dostała młotem po głowie. Kacper miał rację. Sama odmawiała pomocy, sama. Dlatego stała się robotem. Syn nie rozumiał sugestii, trzeba było mówić wprost.
— Tak, synku, masz rację. Zachowywałam się niewłaściwie. Mam syna, z którym mogę dzielić obowiązki i swoje troski.
— Masz jakieś troski? — Kacper uważnie spojrzał na matkę.
— Tak, zamknięcie w torbie mojego psa się zepsuło. Teraz torba się nie zapina.
— Oddaj do naprawy. Przecież niedaleko naszego domu otworzyli punkt napraw.
— Nie chce mi się już dzisiaj, jestem zmęczona. Dzień był ciężki…
— Chcesz, żebym poszedł?
Zofii serce zaczęło mocniej bić. Czy to naprawdę mówił jej syn? Zawsze miał do niej obojętne podejście!
— Chcę — odpowiedziała cicho.
Od tego dnia relacje matki i syna diametralnie się zmieniły. Kacper zrozumiał, że obok niego jest żywa osoba, która potrzebuje jego, właśnie jego, pomocy. Z kolczastego jeżyka chłopiec zaczął zmieniać się w czułego kotka. Zaczął dzielić się z mamą swoimi myślami, nawet mniej czasu spędzał przed komputerem. Pewnego dnia dosłownie zaskoczył swoją Zofię.
— Mamo, porozmawiajmy przed snem — zaproponował, kiedy Zosia miała się kłaść.
— Dobrze.
— Chodź, posiedzimy u mnie w pokoju?
Usiedli na kanapie Kacpra. Zosia widziała, że coś wyraźnie trapi jej syna.
— Mamo, tata źle cię traktuje. Robisz dla niego wszystko, a on tylko wyraża niezadowolenie. Czy to normalne?
— Zawsze taki był, Kacper. Nie da się go zmienić — matka pogłaskała syna po włosach.
— To niech mieszka sam. Zamieszkajmy we dwoje, mamo? — Kacper po raz pierwszy spojrzał na nią z takim niepokojem i troską w oczach.
— Synku, jak to będziemy mieszkać we dwoje? Nie kochasz taty?
— Kocham. Bo jest moim ojcem, ale… Nie podoba mi się, że ciągle na mnie krzyczy. Serafinowi tata gra z nim w piłkę, Maciek z ojcem pływają pontonem albo puszczają latawce, a ja… — chłopak miał łzy w oczach. — On nas nie kocha, mamo.
Zosia przytuliła syna. Tak, chyba Kacper miał rację. Jerzy żył własnym życiem, a do domu przychodził tylko na noc i na posiłki. Sprawy rodziny go mało interesowały. Tak, utrzymywał ich z Kacprem, ale na tym się kończyło. Nie można było liczyć na jego ciepło, tylko na wyrzuty. Dlatego właśnie Rita nazywała Jerzego abuzerem.
— Kacper, ale innego taty nie będziesz miał — powiedziała cicho Zofia.
— Nie potrzebuję. Będzie spokojniej. Nie trzeba będzie nikogo się bać ani chować się w swoim pokoju.
— Ale przecież kupił ci komputer, tablet…
— Mamo, niech je zabierze! — chłopak szeptem się złościł. — Sam zarobię! Wolę żyć bez komputera i tabletu, ale nie bać się spotkania z ojcem w złym momencie, jak on mówi.
— Kiedy tak dorosłeś? — Zdziwiła się Zofia, głaszcząc syna po głowie.
— Księżniczka z mojej klasy nie ma mamy. Wychowuje ją ojciec. I nic! Nie krzyczy na nią bez powodu! Takiego męża ci trzeba, mamo.
— No nieźle, Kacper! — matka cicho się zaśmiała. — Już znalazłeś mi męża.
— Tak w ogóle, dobrze byście się dogadali. Wujek Eugeniusz jest fajny! Lubi zwierzęta. Ty też je lubisz, tylko ojciec nigdy nie pozwalał nam mieć nawet chomika.
To prawda. Jerzy wiele zabraniał. Uważał, że skoro główny ciężar utrzymania rodziny spoczywa na nim, ma więcej praw w tym domu. Nie lubił gości, dlatego rzadko ktoś ich odwiedzał, nie pozwalał na zwierzęta, żeby nic nie zniszczyły. I tak było przez trzynaście lat, jeszcze
przed narodzinami Kacpra.
Pół roku później Zosia rozwiodła się z Jerzym. Zostawił im mieszkanie w ramach alimentów. Matka i syn odetchnęli z ulgą po wielu latach. Nikt nie krzyczał, że potrzebuje ciszy i można chodzić tylko na palcach. Kacper w końcu dostał zwierzaka. Księżniczka podarowała mu chomika na urodziny. Naprawdę miała wspaniałego ojca. Zaczęli się przyjaźnić jako rodziny.
Zofia i Eugeniusz nie szukali w sobie nawzajem drugiej połowy, po prostu sobie pomagali, a ich dzieci dobrze się dogadywały. Często żartowali, że rodzice powinni się pobrać. Zosia i Eugeniusz tylko się śmiali i żartowali, że jutro idą składać wniosek. W każdej żarcie jest ziarno prawdy…
