„Dobrze zarabiacie, sami kupicie sobie mieszkanie” – powiedziała mama i zabrała nasz prezent ślubny.

Na ślubie moja mama zrobiła nam wspaniały prezent – podarowała nam mieszkanie. A właściwie jak to „podarowała”? Po prostu w uroczystej atmosferze poinformowała nas o tym. Oczywiście, mnie i mojego męża ta wiadomość bardzo ucieszyła. Myśleliśmy, że nadal będziemy wynajmować mieszkanie, a tu proszę – własne cztery kąty!

To było jednopokojowe mieszkanie, które kiedyś należało do mojej babci, a teraz mama była jego prawną właścicielką. Przez wiele lat je wynajmowała, a teraz w końcu zdecydowała się je nam przekazać.

Szczerze mówiąc, mieszkanie było w złym stanie. Sami rozumiecie, mieszkała tam babcia, a potem różni studenci i przyjezdni. Nikt nawet nie myślał o remoncie.

Ale jak to mówią, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, więc po ślubie wprowadziliśmy się do naszego mieszkania. Mama nie zdążyła jeszcze załatwić formalności, ale to miało być tylko tymczasowe. Przecież jesteśmy rodziną, dogadamy się, prawda?

Zaczęliśmy od razu remont w naszym nowym lokum. Myśleliśmy, że wystarczy kosmetyczny, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się zrozumieliśmy, że pracy jest znacznie więcej.

Trzeba było wymienić instalację elektryczną, sanitariaty, drzwi. W kuchni i łazience pojawił się grzyb, więc musieliśmy wszystko oczyścić, zdezynfekować. Dopiero potem mogliśmy zabrać się za malowanie, tapety i inne prace. A ponieważ to było nasze mieszkanie, zamontowaliśmy też podwieszane sufity i położyliśmy panele.

Zarabialiśmy z mężem całkiem dobrze i prawie wszystkie pieniądze przeznaczyliśmy na remont. Mąż musiał nawet wziąć mały kredyt, żeby na wszystko wystarczyło. W końcu robimy to dla siebie.

Mama cały czas, kiedy trwał remont, odwiedzała nas, wzdychała, podziwiała, chwaliła. Mieszkanie rzeczywiście stało się jak nowe. Ale to było po około roku, a przez cały ten czas nadal wynajmowaliśmy mieszkanie. Ale to były drobiazgi. Teraz mieliśmy własny kąt!

Minęły trzy lata. W tym czasie wymieniliśmy wszystkie meble, urządziliśmy mieszkanie tak, że aż serce się cieszyło. Chociaż niewielkie, to całkiem przestronne. A potem zaszłam w ciążę i zaczęliśmy myśleć z mężem o powiększeniu naszego mieszkania. Chcieliśmy sprzedać to mieszkanie i wziąć kredyt na nowe, większe.

Jak się domyślacie, przez te trzy lata mama nie zdążyła przekształcić dokumentów na mnie. Oczywiście, wielokrotnie jej o tym przypominałam, ale zawsze znajdowała powód, żeby tego nie zrobić: albo miała za dużo pracy, albo problemy zdrowotne.

A potem w ogóle planowała wyjść za mąż. Pomyślałam, że poczekamy. Mama też ma prawo do własnego życia. Zwłaszcza że po śmierci taty minęło już dziesięć lat i zawsze była sama. A teraz pojawił się taki przystojniak. Kawaler mamy, jak i ona, miał trochę ponad pięćdziesiąt lat, był wdowcem i niedawno zatrudnił się w jej pracy.

Miał jeszcze córkę, studentkę, która razem z nim zamieszkała w mieszkaniu mamy. Przyjęłam nowych członków rodziny normalnie. Wyglądali na całkiem rozsądnych ludzi. I ta Anna, córka mężą mamy, była miłą dziewczyną.

Kiedy wszystko się uspokoiło, ponownie przypomniałam mamie o przekształceniu dokumentów na mieszkanie babci. Mama się wahała, a potem nagle oznajmiła:

– Nie przekształcę tego na ciebie. Chcecie kupić nowe mieszkanie, to kupcie. Macie dużo pieniędzy. A ja zamierzam oddać to mieszkanie Annie, jest już dorosła i potrzebuje własnego lokum. I nie zwlekajcie z przeprowadzką, pakujcie rzeczy.

Szczęka mi opadła. Jak to? Mama zamierza wygnać własną córkę dla córki swojego partnera? A co z obiecanym prezentem? A ile włożyliśmy w to mieszkanie, to się nie liczy? Bez skrępowania powiedziałam jej wszystko, co myślałam.

– Bezczelna jesteś – odpowiedziała mi mama – tyle lat korzystałaś z darmowego mieszkania, a jeszcze masz czelność coś mi zarzucać.

O tym, że to był obiecany prezent, jakoś zapomniała. Próbowałam porozmawiać z jej mężem i jego córką, żeby przemówili jej do rozsądku. Ale oni tylko się uśmiechali i wzruszali ramionami. Mówili, że nie mogą nic zrobić. Oczywiście taki obrót spraw im odpowiadał.

Kiedy opowiedziałam wszystko mężowi, był wściekły. Ale potem się uspokoił, pomyślał i zaproponował, żeby zrobić mamie psikusa: mieszkać w tym mieszkaniu jeszcze przez pół roku, ale nie płacić żadnych rachunków. A w tym czasie sami weźmiemy kredyt hipoteczny i kiedy pójdę na urlop macierzyński, przeprowadzimy się do nowego, własnego mieszkania.

Utrzymaliśmy się mniej niż pół roku. Zasypali nas rachunkami za niezapłacone opłaty, ale my spokojnie je układaliśmy w stos. A co? Przecież to nie nasze mieszkanie. Potem mama dostała telefon od windykatorów i przyszła do nas z pretensjami.

Och, jak krzyczała, przeklinała, zawstydzała mnie! Nawet nie przejmowała się moim dużym brzuchem. Na to mój mąż spokojnie odpowiedział jej, że suma rachunków jest dużo mniejsza niż wszystko, co włożyliśmy w to mieszkanie.

– Nie musisz nam dziękować, mamo – powiedział z uśmiechem, gdy się wyprowadzaliśmy.

Minął rok, teraz mamy własne mieszkanie, urodziła się córka. My z mężem polegamy tylko na sobie. A mama? Nadal mieszka ze swoim mężem, a w naszym byłym mieszkaniu rządzi Anna.

Babcia nawet nie widziała swojej wnuczki, choć nie odmawiamy kontaktu. Mama ma nowe życie, w którym niestety nie ma miejsca dla mojej rodziny.