Dziesięć lat temu ciężko zachorował mój teść. Mąż wtedy pracował, a ja zajmowałam się jego rodzicami. Mieli wówczas 71 i 72 lata. Kiedy teść zmarł, matka mojego męża zaczęła kierować pod moim adresem coraz więcej pretensji. Na szczęście w tej sytuacji mąż zawsze stawał po mojej stronie. Sąsiedzi mówili mi, że chodzi po wsi i opowiada na mój temat – i na temat wnuków – różne nieprawdziwe rzeczy. Wiele osób pytało mnie: „Jak ty to znosisz?”. A ja wciąż próbowałam zdobyć jej przychylność dobrym nastawieniem
Dziś moja teściowa ma 81 lat. Prawie już z nią nie rozmawiam, ale to nie bez powodu. Z mężem jesteśmy razem prawie 30 lat. Przez 25 z nich starałam się być dla niej dobrą synową. Niezależnie od tego, jak bardzo się starałam, nigdy nie otrzymałam ani jej miłości, ani nawet zwykłej życzliwości.
Za mąż wyszłam bardzo wcześnie – miałam zaledwie 17 lat i jeszcze kończyłam szkołę. Wychowałam czworo dzieci, zawsze udzielałam się w komitecie rodzicielskim, byłam nawet radną w gminie. A mimo to w oczach teściowej zawsze pozostawałam „tą złą”.
Kiedy zachorował teść, to ja byłam przy nich na co dzień. Dopóki żył, teściowa jeszcze się powstrzymywała. Po jego śmierci jednak dała upust wszystkim swoim emocjom. Przy mężu milczała, ale poza domem opowiadała o mnie niestworzone historie. Ludzie mówili: „Za takie znoszenie należałby ci się pomnik za życia”. A ja nadal próbowałam – cierpliwością i dobrem.
Cztery lata temu zmarł mój tata. W czterdziestym dniu po jego śmierci chciałam pojechać do rodzinnego domu. Wtedy teściowa urządziła mi awanturę, bo akurat musiała pilnie jechać w gości do swojej kumy – a samochód był nasz i „powinniśmy ją wozić”. W tamtej chwili coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że ten człowiek nigdy się nie zmieni, skoro nawet w obliczu mojego bólu nie potrafił okazać elementarnego współczucia.
Czekałam na choćby odrobinę empatii. Zamiast tego poczułam, że jej obojętność wobec innych jest absolutna. Sama wtedy zachorowałam, przez trzy miesiące dochodziłam do siebie. Dzieci – jakby bez słów – przestały się z nią kontaktować. Prośby męża nic nie dawały. Ja całkowicie przestałam ją zauważać. Mąż w końcu stanowczo z nią porozmawiał i od tego czasu ona milczy.
Nigdy nie zabraniałam ani dzieciom, ani mężowi kontaktu z nią. Jej los i życie stały się mi po prostu obojętne. Dzieci nie jeżdżą do niej i nawet nie dzwonią. Mąż ograniczył się do rozmów telefonicznych kilka razy w tygodniu. Teściowa ma jeszcze córkę, starszą od mojego męża – ona od dziesięciu lat nie dzwoni i nie przyjeżdża wcale.
To znaczy, że nawet jej własne dzieci nie chcą utrzymywać z nią relacji. Od lat jest też skłócona ze wszystkimi sąsiadami i z nikim nie rozmawia.
Dziś ma 81 lat, sił coraz mniej. I nagle zaczęła mówić mężowi przez telefon, że ja nie dzwonię, że wnuki się nie odzywają, że nikomu nie jest potrzebna. Ja w jej życie już się nie angażuję. Żadna „życiowa mądrość” tu nie pomogła. Najbardziej szkoda mi męża – do dziś próbuje nim kierować i mówić mu, co ma robić.
Nigdy nie mówiłam i nie powiem o niej złego słowa do męża. Dla niego to nadal matka.
Dlatego nie wszystko zależy od synowych. Sama jestem już dwukrotnie teściową i nigdy nie wtrącam się w życie swoich synowych – staram się je wspierać we wszystkim. Nie mamy o co walczyć. Jestem też dwa razy teściową od strony córek i z zięciami mam wspaniałe relacje. Mogę śmiało powiedzieć, że nie mam czworga dzieci, ale ośmioro – bo zarówno synowe, jak i zięciowie mówią do mnie „mamo”, a ja nazywam ich synami i córkami.
Przeżyłam w życiu wiele. I wiem jedno: można być nawet potrójnie wyrozumiałym, ugodowym i cierpliwym, ale jeśli ktoś ma w sobie zło – takim pozostanie. Tego nie da się zmienić.
