Gdy postanowiłam wyjść za mąż po raz drugi, mój syn był temu bardzo przeciwny. Jak mogłam, starałam się ułożyć ich relacje, ale na próżno. A gdy przyszło mi dokonać wyboru, oczywiście wybrałam syna. Michał odszedł, a ja teraz bardzo tego żałuję. Syn dorósł i wyjechał za granicę, a ja zostałam sama

W wieku siedemdziesięciu lat dawno już przyzwyczaiłam się do samotności. Odkąd mój syn się ożenił, tak zostałam sama. I dopiero teraz rozumiem, że kiedyś popełniłam ogromny błąd, myśląc przede wszystkim o nim, a nie o sobie.

Syna wychowywałam sama, bo rozwiodłam się z mężem w wieku trzydziestu lat z powodu jego ciągłych zdrad. Andrzej miał wtedy cztery lata. Mój były odszedł, zerwał wszelkie kontakty i do dziś nie wiem, gdzie jest. O synu też zapomniał – nie płacił alimentów, nie pomagał, nie spotykał się z nim.

Przez długi czas mieszkałam sama z synem, ale potem pojawił się w moim życiu pewien mężczyzna. Bardzo dobry człowiek! Ale Andrzej go zupełnie nie zaakceptował.

Andrzej miał wtedy osiem lat, ja trzydzieści cztery. Spotykaliśmy się przez rok – wspominam ten czas jak bajkę. Nie wierzyłam, że można tak kochać i być kochaną.

Postanowiliśmy się pobrać i zamieszkać razem. Przedstawiłam ich sobie. Ale od samego początku nie mogli się dogadać. Michał, mój partner, starał się jak mógł – przynosił prezenty, grał z nim w piłkę. Ale Andrzej uparł się: „Nie potrzebujemy nikogo!” Był uparty, urządzał awantury, wpadał w histerię, a raz nawet uciekł z domu – ledwo go znaleźliśmy.

Robiłam wszystko, co mogłam, aby ich pogodzić – rozmawiałam z jednym i z drugim, ale na próżno. A gdy przyszło mi wybierać, oczywiście wybrałam syna.

Michał odszedł, właśnie po tej ucieczce Andrzeja. To była ostatnia kropla dla wszystkich.

Kilka lat później Michał ożenił się z dobrą kobietą, urodziło im się dwoje synów, teraz mają już wnuki. I nadal żyją razem, w zgodzie i miłości. Mamy działki obok siebie, widuję ich co roku. Oczywiście, takich mężczyzn jak Michał ze świecą szukać. Takich ludzi jest teraz bardzo mało.

A ja? Od tamtej pory nie próbowałam już nikogo poznać. Wychowywałam syna. Przyszły trudne lata dziewięćdziesiąte, miłość zeszła na dalszy plan – trzeba było po prostu przeżyć.

Andrzej dorósł, ożenił się po raz pierwszy, potem po raz drugi, a później z drugą żoną i wnuczką wyjechał za granicę. Tam teraz mieszkają. Dzwonią kilka razy w miesiącu. A ja tu sobie żyję… sama. Nie narzekam. Ale boję się jednego – że któregoś dnia odejdę, a nikt nawet tego nie zauważy.

Teraz jestem pewna, że wtedy podjęłam złą decyzję, odrzucając dobrego człowieka. Teraz mogę tylko samotnie patrzeć na jego szczęście.

Wtedy wybrałam syna, a on i tak tego nie docenił – żyje własnym życiem, ożenił się, wyjechał, nie poświęcił niczego dla matki.

Powinnam była wtedy pomyśleć więcej o sobie. Może miałabym teraz rodzinę, może inne dzieci, wnuki przy sobie… i nie czułabym tej przeszywającej samotności.

W moim wieku samotność jest przerażająca. Chciałoby się mieć kogoś bliskiego obok, ale straciłam swoją szansę.