– Jak skończysz pracę, idź do kuchni przygotować kolację, jestem głodny – oznajmił mąż
Wychodząc za mąż za Olka, pospieszyłam się; szkolna miłość powinna pozostać w szkole. W realnym, dorosłym życiu wszystko wygląda inaczej, proza życia to nie wiersze pisane ukradkiem w parku. A może po prostu nie miałam szczęścia – nie dostrzegłam w mężu negatywnych cech? Niemniej jednak na analizę jest już za późno, trzeba działać zdecydowanie, bo Olek okazał się zdecydowanie nie bohaterem mojej powieści.
„– Dzień dobry, panie Michale! Widzę, że niedawno złożył pan zamówienie. Czy mogę pomóc w sprawie zamówienia, czy ma pan jeszcze jakieś pytania? Dzień dobry, Anno. Dziękuję za cierpliwość, właśnie sprawdzam status pani zgłoszenia. Witam, panie Piotrze…” – litery ciągną się niekończącym się strumieniem, nie mają ani początku, ani końca.
Nigdy bym nie pomyślała, jaka to nudna praca – pracownik wsparcia serwisu dostarczania jedzenia. Jednak pieniądze nie spadają z nieba, trzeba pracować, by jakoś utrzymać się na powierzchni. Dzięki mamie i tacie, pomagają w miarę możliwości, ale oni też jeszcze nie nauczyli się drukować pieniędzy.
– Tamaro, jestem w domu! – w drzwiach pojawił się czerwony od mrozu Olek. – Witaj najlepszemu specjaliście serwisu „Kuchnia Podana”. Mamy coś do jedzenia?
Olek był zadowolony ze swojego błyskotliwego żartu i zaśmiał się głośno.
– Ciszej! – syknęłam na męża. – Obudzisz Oleńkę.
– Nie sycz jak żmija – skrzywił się mąż. – Oderwij się od tego czatu, nie widzisz, że mąż przyszedł, głodny jak wilk?
Olek znów zaśmiał się ze swojej dowcipności. Za to go kiedyś pokochałam – za jego fantastyczne poczucie humoru. Tylko ostatnio żarty męża stały się jakieś płaskie, złośliwe, niestosowne.
– W zamrażarce są pierogi – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od monitora. – Ugotuj sobie.
– Znowu pierogi… – Olek zrobił cierpiącą minę. – Nasz dom to jakaś pierogarnia. Może zamówię jedzenie w waszym serwisie.
– Nie stać cię – odpowiedziałam sucho. Zwykle się powstrzymuję, ale tym razem Olek naprawdę mnie zdenerwował.
– A tak? – mąż aż poczerwieniał ze złości. – To pójdę do mamy, u niej na pewno znajdzie się talerz gorącego barszczu.
Wyszedł, głośno trzaskając drzwiami. A ja, nie mogąc powstrzymać napływających emocji, rozpłakałam się. Obudziła się Ola i też zaczęła płakać. Boże, co to za życie, krzywe, niechlujne, nieuporządkowane?
A przecież wszystko zaczęło się bardzo pięknie, jak w starym filmie „Tylko mnie kochaj”. Olek i ja razem od szkolnej ławki, siedzieliśmy w jednej ławce. On nosił mi plecak do domu, a ja pomagałam mu z matematyką i językiem polskim. W klasie nazywali nas „narzeczonym i narzeczoną”, jakby w wodę patrzyli.
– Pomogę ci dostać się na uniwersytet, nawet nie wątp – odpowiadałam raźno. – Najważniejsze, zaufaj mi, dobrze?
Olek jednak się dostał, nie bez pomocy rodziców, którzy mieli jakieś znajomości, ale się dostał. Ja zawsze dobrze się uczyłam, więc protekcja nie była mi potrzebna.
– Tamaro, naprawdę podobają ci się te wszystkie liczby? – pytał mnie Olek, gdy pomagałam mu zrozumieć wykłady. – Ech, tylko marnuję czas…
– A kim w ogóle widzisz siebie w życiu? – zadałam rozsądne pytanie.
Olek na chwilę się zastanowił, potem podrapał się po nosie i ważnie oznajmił:
– Stand-up’owym komikiem! Przecież mam ogniste żarty.
– Nie fantazjuj, proszę – roześmiałam się. – W naszej głębi kraju twój talent dowcipnisia na pewno nikomu nie jest potrzebny. Tu potrzebna jest normalna praca, która gwarantuje pewny kawałek chleba, rozumiesz?
– Nie bądź nudziarą, Tamaro! – odparował Olek. – Trzeba podążać za marzeniem, jak w filmach pokazują.
Teraz ten marzyciel pracuje na budowie z kilku powodów. Pierwszy powód – nasz ślub, drugi powód – Olek został wyrzucony ze studiów. Mąż wiecznie narzeka, że ma „psią robotę”, że bardzo się męczy, ale kto, jak nie on sam, jest temu winien?
Na drugim roku zorientowałam się, że będziemy mieli dziecko, czym bardzo zaskoczyłam Olka, jak zresztą wszystkich innych.
– Nie ma wyjścia, tylko ślub! – oświadczyli nasi rodzice. Już nie jesteście uczniami, nikt was nie będzie potępiał.
Uroczystość nie była zbyt wystawna, ale za to bardzo wesoła. W prezencie moi rodzice wynajęli nam z Olkiem mieszkanie na rok, co było bardzo na rękę. Rodzice Olka podarowali jakieś kuchenne utensylia, twierdząc, że bez nich w gospodarstwie ani rusz. Nie protestowałam ani nie krzywiłam się – chochle to chochle.
Kiedy pojawiła się Ola, musiałam wziąć urlop dziekański, bo na naukę po prostu nie było czasu. Olek, żeby nasza rodzina jakoś trzymała się na powierzchni, pracował na budowie, jak już wspomniałam, wylewał jakieś fundamenty. Jego dawna werwa i zapał gdzieś zniknęły, mąż stał się bardziej ponury, a jeśli żartował, to jego żarty były jakieś jednostronne i niedobre.
Moi mama i tata rozumieli naszą sytuację, jakoś pomagali, teściowie zaś odmówili, mieli oprócz Olka jeszcze dwoje dzieci, każde z nich swoje problemy.
Pomysł znalezienia pracy zdalnej przyszedł mi do głowy. Widziałam, że mąż przynosi do domu grosze, które starczały tylko na podstawowe potrzeby. Jednak nie było to takie proste, jak się wydawało.
W końcu uśmiechnęło mi się szczęście. Skontaktowałam się ze specjalistą ds. kadr serwisu dostarczania jedzenia „Kuchnia Podana”, przeszłam ankietę i przyjęto mnie na stanowisko specjalisty ds. obsługi klienta.
– Praca jest dość monotonna, wielu na początku się przy niej męczy – poinformowano mnie. – Poradzisz sobie? Jak zrozumieliśmy, masz małą córkę. Czy nie będzie cię odciągać od pracy z klientami?
Sama nie wiedziałam dokładnie, czy dam radę, ale zapewniłam, że wszystko będzie dobrze.
– A co, tak można było? – zapytał mnie Olek swoim złośliwym tonem. – Ech, szkoda, że mamy tylko jeden laptop, inaczej też bym cały dzień siedział i stukał w klawiaturę.
– Wątpię – odparłam. – Od szkoły masz problemy z językiem polskim. A w czacie trzeba pisać poprawnie, bez błędów, żeby nie odstraszać klientów.
– Tak? – zapytał Olek. – To na razie będę pracował na budowie, pomacham łopatą. Może znajdą się jakieś opcje, na przykład ktoś będzie potrzebował dyrektora handlowego.
– Jaki komik przepadł dla „Kabaretu”! – uśmiechnęłam się. – Trzeba było po prostu normalnie uczyć się na uczelni, teraz pracowałbyś jako marketingowiec lub analityk finansowy w ciepłym biurze, na miękkim krześle.
– Spokój nam się tylko śni! – zaśpiewał Olek. – Gdzie nas nie było? Wszędzie byliśmy.
Bardzo szybko zrozumiałam, że praca przy komputerze bardzo mnie męczy. W każdej wolnej chwili biegłam do córki, sprawdzałam, jak się czuje. Jeśli było trzeba – karmiłam, usypiałam, zmieniałam pieluchy. Potem znów do laptopa – reklamacje, konflikty, zamówienia, inne niuanse.
– Tamaro, wysypiasz się w ogóle? – pytała mnie troskliwie mama, gdy przychodziła w odwiedziny. – Może mam przychodzić, pomagać ci z Olą? Albo gotować, na przykład…
– Nie trzeba, mamo, dziękuję, poradzę sobie – odpowiedziałam. – Jestem bardzo utalentowana, umiem pracować w trybie wielozadaniowym. Ola to spokojne dziecko, dużo śpi, w ogóle nie sprawia kłopotów.
– Ale jeśli coś, to koniecznie dzwoń, dobrze? – powiedziała surowo mama. – Zostawiłam ci na stole trochę pieniędzy, niewiele, ale na pewno się nie zmarnują.
Złoty człowiek z mojej mamy! A o mężu nie mogłam tego powiedzieć… Olek się zmieniał i to nie na lepsze. Wracał niezadowolony, twierdził, że jest bardzo zmęczony, domagał się wiecznie jakichś smakołyków, na które fizycznie nie miałam czasu.
– A moja mama piecze pierogi z ziemniakami i kurczakiem – marzycielsko przewracał oczami. – Ech, albo zamówić pizzę… Mam dość tego samego, żadnej różnorodności.
– Sam naucz się gotować – odpowiadałam. – Jeśli nie masz możliwości zarobić pieniędzy, to przynajmniej w kuchni mnie odciąż.
– Jak to „naucz się gotować”? – nie rozumiał Olek. – W dwa dni zostać szefem kuchni, czy co?
– To wcale nie jest konieczne – odpowiedziałam. – Mam koleżankę, Marysię. Jej mąż nauczył się gotować z filmików w internecie, wyobraź sobie?
– Nie, nie wyobrażam sobie – parsknął Olek. – Mam cały dzień na budowie sterczeć, a potem jeszcze uczyć się przepisów?
– Będziesz to robić tylko dla siebie – odparłam. – Nie dążę do jedzenia egzotyki. Wystarcza mi to, że zarabiam więcej od ciebie.
To był cios poniżej pasa. Jak każdy inny mężczyzna, Olek nie lubił, gdy mówi mu się takie rzeczy. Oczywiście, obraził się i cały wieczór ze mną nie rozmawiał.
A pewnego dnia Olek oznajmił mi, że jest bardzo zmęczony i potrzebuje odpoczynku.
– Zaraz mi plecy odpadną od mieszania zaprawy – burczał Olek. – Muszę dojść do siebie, zrelaksować się.
– W jaki sposób? – nie zrozumiałam. – Nad morze się wybierasz?
– Jakie morze przy mojej pensji? – parsknął Olek. – Nie, posiedzę w domu, nabiorę sił. Spotkam się z chłopakami…
Widzicie, jak u niego wszystko łatwo i prosto – zachciało mu się odpocząć i zrelaksować, proszę bardzo, sam sobie panem. Nie to co ja – trzymam się pracy jak rzep psiego ogona.
Olek wstawał bliżej południa, domagał się śniadania, potem długo oglądał telewizję albo wychodził do kolegów, jak nastolatek. W takich przypadkach wracał dość późno, z charakterystycznym zapachem.
Oczywiście, takie zachowania męża wyprowadzały mnie z równowagi:
– Olku, ile można zachowywać się, jakbyś był pryszczatym młokosem? W końcu masz jakieś obowiązki…
– Zapamiętaj, nikomu nic nie jestem winien! – odpowiadał patetycznie Olek. – Bardzo się zmęczyłem na swojej budowie, więc mam pełne prawo do odpoczynku.
Tego feralnego dnia wszystko szło na opak dosłownie od samego rana. Myjąc się, zorientowałam się, że nie ma ciepłej wody, byłam zmuszona chlapać się w lodowatej wodzie. Potem przypaliła mi się jajecznica, bo Ola odciągnęła mnie swoimi kaprysami. Zaczynając pracę, trafiłam na złośliwego klienta, który otwarcie mi ubliżał.
Pod wieczór byłam dosłownie wyczerpana, prawie płakałam z żalu i bezsilności. Wydawało mi się, że cały świat się na mnie uwziął, a światła w tunelu nie zobaczę. Zamiast mnie wesprzeć, Olek przeciwnie, wszystko pogorszył.
– Jak skończysz pracę, idź do kuchni przygotować kolację, jestem głodny – oznajmił mąż.
– Nie jesteś dzieckiem, sam sobie coś przygotuj – burknęłam i w odpowiedzi usłyszałam tak grubiańską tyradę, że aż zaczerwieniłam się z oburzenia.
Czego to nie usłyszałam na swój temat, jakie to strumienie wyzwisk się na mnie nie lały!
– Siedzisz w domu całymi dniami, tylko udajesz, że pracujesz! – oburzał się Olek. – Nawet nie wiesz, co to prawdziwa praca!
– Aha, ty doskonale wiesz, tylko że prawie nie przynosisz pieniędzy – odpowiedziałam z urazą.
– Powinnaś się cieszyć, że masz takiego męża! – ryknął Olek. – Gdyby nie ja, gdzie byś teraz była?
– Wiadomo gdzie – mój ton stał się spokojniejszy. – Uczyłabym się na uczelni, zdobywała normalne wykształcenie.
– A więc to moja wina? – zagotował się Olek. – To wiedz, że gdyby nie Ola, dawno bym cię zostawił, tylko córka mnie powstrzymuje, bym cię nie rzucił…
To już się nie mieściło w żadnych ramach. Gdzie podział się dawny, kochający Olek? Patrzył na mnie otwarty cham, z manierami gbura.
– Ja cię nie trzymam – wypaliłam nagle. – I tak nie bardzo widać, czy jesteś, czy cię nie ma. Wszystko muszę ciągnąć sama, ty żyjesz sobie beztrosko.
– Przecież pracuję bez wytchnienia! – krzyczał Olek. – Żeby zapewnić wam z córką byt.
– Aha – skinęłam kpiąco głową. – Tylko że tego zupełnie nie zauważam. Gdzie są te pieniądze, które zarabiasz?
Olkowi nagle zabrakło argumentów, łapał powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg.
– Odchodzę – nagle wypalił. – Żyjcie sobie same, jak chcecie.
– My sobie poradzimy – skinęłam głową. – A za ciebie nie ręczę, znając twój charakter.
Olek rzucił się pakować rzeczy, nie zatrzymywałam go, było mi przykro przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. Po pół godzinie mąż opuścił mieszkanie, głośno trzaskając drzwiami, jak zwykle.
– Nie martw się, córeczko – podeszłam do Oli, ujęłam jej małą rączkę. – Twój tata i tak nie spełnił mojego zaufania. Nam we dwie będzie dużo lepiej.
Ola spojrzała na mnie ufnie, jakby zrozumiała sens moich słów i uśmiechnęła się. Moi rodzice mnie wsparli, mówiąc, że spodziewali się, że tak się stanie. A tata nawet dodał:
– Twój Olek to gaduła i tyle. A jeśli wierzyć Szekspirowi – dźwięczy tylko to, co jest puste w środku. Dużo słów, a czynów zero.
Bardzo trafne stwierdzenie, nawiasem mówiąc, aż zaczęłam bić brawo tacie. Teraz Olek jest zobowiązany płacić córce alimenty. A jak to będzie robić – to nie moja sprawa.
Po tym, jak rozstałam się z mężem, oddychało mi się lżej, jakby wielki ciężar spadł z moich ramion. Nasza szkolna miłość okazała się nietrwała, jak domek z kart. Ale przecież jestem młoda – znajdę jeszcze w życiu godnego człowieka, trzeba tylko w to wierzyć.
