— Jestem sową. Dlatego dostosowuję swój harmonogram pracy do siebie! — oznajmił mąż
— To w ogóle nie jest rodzina! Powiedziałam mężowi, że jeśli nie wróci do starego grafiku pracy, będziemy się rozstawać. Żyję jak samotna matka. Wszystko ciągnę na sobie! Dzieci w ogóle nie widzą ojca. Po co im taki ojciec? Mogę się rozwieść i dostawać alimenty, i tyle — denerwuje się 32-letnia Krystyna.
— Przecież dobrze wam się żyło! Co się stało?
— Mąż sam zmienił sobie harmonogram pracy i nawet nie pomyślał, żeby się ze mną skonsultować. Napisał wniosek do dyrektora, a ten zatwierdził zmiany. Wcześniej pracował od 9 do 18, a teraz od 11 do 20. Zanim wróci do domu, dzieci już śpią. Mówi, że jest sową, więc tak mu wygodniej. Ciężko mu wcześnie wstawać. Teraz jest zadowolony jak słoń!
— A tobie to nie pasuje, prawda?
— Oczywiście, że nie! Wraca do domu o 21:30. Zanim zje i się umyje, jest już północ. A ja muszę wcześnie wstać, bo dzieci budzą się o 7 rano. Do pracy idę na 9. Trzeba ich jeszcze zebrać i zaprowadzić do przedszkola. Wcześniej robił to mąż, ale teraz ma nowy grafik i się wysypia. Mówi, że tak będzie bardziej produktywny w pracy. Chodzi cały szczęśliwy, a ja jestem gotowa go zabić!
Krystyna i Andrzej mają dwoje dzieci. Starszy syn ma 5,5 roku, a młodszy 4 lata. Drugiego dziecka nie planowali, ale tak wyszło. Nie chcieli przerywać ciąży, postanowili, że „odstrzelą się” za jednym razem. Wózek i dziecięce rzeczy zostały, więc nie trzeba było wiele kupować.
Na początku Krystynie było bardzo ciężko z dwójką dzieci, ale mąż jej nie zostawił. Biegł z pracy, żeby jej pomóc. Sam kąpał dzieci, karmił i kładł je spać. W razie potrzeby zostawał z nimi, a Krystyna załatwiała swoje sprawy. Kiedy chłopcy poszli do przedszkola, on ich zaprowadzał, bo miał po drodze.
Kiedy Krystyna wróciła do pracy, mąż się rozluźnił. Musiała dostosować swój grafik, żeby zdążyć po dzieci do przedszkola. Na szczęście, chłopcy prawie nie chorują, więc z L4 nie ma problemu. Mąż uznał, że żona świetnie sobie radzi sama, więc zmienił sobie harmonogram pracy.
— Na początku myślałam, że to inicjatywa dyrektora. Potem mąż przyznał się, że sam dostosował grafik do siebie. Zapytałam go wprost, czy nie pomyślał, żeby ze mną się skonsultować. Wzruszył ramionami. Mówił, że dzieci są już duże, więc jego pomoc nie jest potrzebna. A co z ojcowską uwagą? — denerwuje się Krystyna.
Andrzej uważa, że trzeba dostosować pracę do swoich biorytmów, wtedy produktywność wzrasta. Bardzo trudno mu wstawać wcześnie, więc brak snu negatywnie wpływa na pracę. Teraz jest gotów góry przenosić — bardzo podoba mu się nowy grafik. Ale Krystyna jest oburzona. Uważa, że nie ma czegoś takiego jak sowy i skowronki, po prostu mąż ogląda filmy do późna i dlatego ciężko mu wstać wcześnie rano.
Krystyna jest wściekła. Okazuje się, że ona i dzieci prawie nie widzą Andrzeja. Dzieciom brakuje ojcowskiej uwagi. A i żonie trudno radzić sobie ze wszystkim samej, nawet nie może spokojnie wziąć kąpieli, bo dzieci wyłamują drzwi.
Andrzej nie chce wracać do starego grafiku. Uważa, że jego zadaniem jest utrzymywanie rodziny, a z tym świetnie sobie radzi. W takim razie, czy żona ma prawo czegoś od niego wymagać? A może mąż jest po prostu egoistą, który przebrał miarę?
Czy dzieci naprawdę potrzebują kontaktu z ojcem? Czy to tylko wymówki? Co myślicie?
