Jeszcze na weselu teściowa podeszła do mojego męża i oznajmiła, że wszystkie pieniądze z prezentów ślubnych ma jej oddać

Mieszkałam z rodzicami w małym miasteczku niedaleko Warszawy. Kiedyś nagle zmarła rodzona siostra mojej matki i zostawiła naszej rodzinie spadek: czteropokojowe mieszkanie w samym centrum stolicy.

Przez prawie rok remontowaliśmy to mieszkanie, kupowaliśmy nowe meble i sprzęty. Po tym czasie przeprowadziłam się i stałam się dziewczyną z Warszawy.

Po przeprowadzce poznałam wspaniałego chłopaka. Spotykaliśmy się przez pół roku, potem on zamieszkał ze mną. Po roku oświadczył się, a ja byłam w siódmym niebie. Jedyną osobą, która zakłócała moje szczęście, była teściowa. Już na początku wydała mi się bardzo trudną osobą, a moje obawy się potwierdziły.

Jeszcze na weselu podeszła do mojego męża i oznajmiła, że wszystkie pieniądze z prezentów ślubnych ma jej oddać, bo jego narzeczona ma swoje mieszkanie, a ona musi jeszcze postawić na nogi jego młodszą siostrę.

Byłam w szoku po takiej deklaracji, ale mój świeżo upieczony mąż bardzo szybko postawił matkę na miejscu. Powiedział, że teraz nie jest już sam i mamy swoje plany dotyczące naszych wspólnych pieniędzy. Teściowa zaczęła na niego krzyczeć, nazywając go niewdzięcznym. Moi rodzice i krewni byli zszokowani takim zachowaniem. Nawet jego ojciec nie wytrzymał i zabrał swoją żonę.

Myślałam, że incydent się zakończył, ale się myliłam. Pojechaliśmy w podróż poślubną, a gdy wróciliśmy do domu, odkryliśmy… nowe zamki. Matka mojego męża zdążyła je wymienić podczas naszej nieobecności. Co więcej, wprowadziła do naszego mieszkania swoją córkę.

Wezwaliśmy ślusarza i złamaliśmy drzwi. Mój mąż szybko poradził sobie z siostrą, wyganiając ją z mieszkania. Nawiasem mówiąc, ona niczego nie wiedziała. Powiedziała, że matka opowiedziała jej, że to my poprosiliśmy o wymianę zamków w naszym mieszkaniu. Po pół godzinie wróciła moja teściowa. Zaczęła krzyczeć na mnie i męża, twierdząc, że teraz wszyscy jesteśmy jedną rodziną i nie mam prawa ich wyrzucać z naszego mieszkania.

Tym razem skończyła mi się cierpliwość i odpowiedziałam ostro:

– To moje prywatne mieszkanie, twój syn nie ma do niego żadnych praw! Albo teraz natychmiast wychodzicie, albo wzywam policję!

Mąż w pełni mnie poparł i jeszcze zmusił matkę do zapłacenia za zniszczone drzwi. Teściowa wyszła wściekła jak chmura gradowa. Później kilka razy przychodziła do nas z przeprosinami, ale już nie do końca wierzę w szczerość jej słów.