Już od dawna mój mąż dobrze zarabia. Mamy własne mieszkanie i dwójkę dzieci. Uważałam się za szczęśliwą kobietę. Kiedyś powiedziałam mężowi, że powinniśmy pojechać gdzieś za granicę na wakacje, bo dzieci nic jeszcze nie widziały. A on odpowiedział, że nie ma pieniędzy, bo ja wszystko wydaję. Bardzo się zdziwiłam, bo nie kupuję nic poza jedzeniem do domu. Płacę też rachunki i wożę dzieci na zajęcia. Założyłam zeszyt i zaczęłam zapisywać wszystkie wydatki. Pod koniec miesiąca pokazałam go mężowi – myślałam, że bardzo się zdziwi. Ale to ja się zdziwiłam

Z moim mężem poznałam się jeszcze na studiach, byłam wtedy na drugim roku. On miał na imię Michał, był ode mnie starszy o pięć lat, pracował już wtedy w dobrej firmie i dobrze zarabiał. Kiedy byłam na czwartym roku, oświadczył mi się – powiedziałam „tak”.

Teraz mamy własne, całkiem porządne mieszkanie, dwójkę wspaniałych dzieci i ogólnie uważam się za szczęśliwą mężatkę. Ale ostatnio czuję, że przestaliśmy się rozumieć. Od dawna się oddalamy. Teraz Michał wydaje mi się zupełnie obcym człowiekiem. Nie rozumiem, co się dzieje.

Zawsze żyliśmy w dostatku. Po ślubie mąż postawił warunek: ja zostaję w domu, zajmuję się dziećmi i domem, a on nas utrzymuje. Szczerze mówiąc, byłam z tego zadowolona. Siedzenie od rana do wieczora za komputerem w biurze i praca na cudze konto za marne pieniądze – to nie była moja wizja szczęścia.

Nie każda kobieta ma takie szczęście – robić to, co się lubi. A ja bardzo lubię zajmować się domem, dobrze gotuję, robię rękodzieło. Wygodnie mi – nie muszę pędzić z pracy do sklepu i potem na szybko coś gotować. Wszystko było idealnie. Dom jak z obrazka – czysty i zadbany, dzieci zawsze dopilnowane, a mąż codziennie wychodził do pracy w wyprasowanej koszuli.

Potem awansował i jego pensja prawie się podwoiła. Uczciliśmy to. Powiedziałam mu: – Może chociaż do Turcji pojedziemy? Nigdzie jeszcze nie byliśmy. Odpoczniemy, popływamy w morzu.

A on na poważnie odpowiedział, że to nie czas na wyjazdy, bo ma dużo pracy. Trzeba poczekać. I za każdym razem, kiedy poruszałam temat wyjazdu – milczał. Pomyślałam: pewnie rzeczywiście ma dużo pracy.

Potem poprosiłam go o samochód. Nie drogi – taki, żeby dzieci ze szkoły odbierać, wozić na zajęcia. A on tylko wzruszył ramionami i powiedział zaskoczony, że nie ma pieniędzy na coś takiego!

Mówię mu: – Jak to nie ma? Od roku dostajesz wysoką pensję – na jeden samochód już dawno zarobiłeś!

Słowem – pokłóciliśmy się. Znowu powiedział, że nie ma pieniędzy i ma za dużo pracy.

Pomyślałam, że może odkłada na czarną godzinę. Ale okazało się, że to zupełnie nie tak, jak myślałam. Na koncie miał grosze. Jak się dowiedziałam? Zaczęłam się zastanawiać, ile mamy oszczędności. Wiem, że nieładnie grzebać w cudzym telefonie, ale co miałam zrobić? W końcu jestem jego żoną, a nie obcą osobą. Poczekałam, aż poszedł do łazienki, i sprawdziłam.

Nie było żadnych oszczędności. Przeczytałam wszystkie wiadomości z banków – i zaczęłam się zastanawiać. Na co on wydaje tyle pieniędzy? O swojej „kontroli” oczywiście mu nie powiedziałam. Wiem, że to nie było w porządku, ale już trudno.

Znowu zaczęłam rozmowę o samochodzie. Nie mam już siły jeździć komunikacją miejską, nic nie nadążam zrobić w domu! Pół dnia spędzam w drodze. A on znowu swoje – że nie ma pieniędzy. Jak to nie ma – mówię – przecież tyle zarabiasz, gdzie to wszystko znika? Wtedy Michał powiedział, że to ja wszystko wydaję – na jedzenie i różne niepotrzebne drobiazgi.

Było mi bardzo przykro i byłam w szoku. Jasne, nigdy nie oszczędzałam na jedzeniu. Kupuję warzywa i owoce dzieciom, produkty z targu – mąż lubi smacznie zjeść, więc gotuję dobrze i porządnie.

Ale przecież nie mogłam wydać tyle pieniędzy! On zarabia naprawdę dużo, a on mi tu o jedzeniu opowiada! Założyłam zeszyt i zaczęłam wszystko notować. Kto to robił, ten zrozumie – zbierałam paragony, zapisywałam każdy wydatek. Sprawdzałam historię płatności z karty – ile wydane, ile zostało.

I wyszło coś ciekawego. Moje wydatki to zaledwie połowa jego pensji – razem z rachunkami. A druga połowa? Nie mam pojęcia. Dlaczego mnie okłamuje? Co ukrywa?

Zbliżał się jego urlop, a dzieci miały ferie. Po cichu kupiłam wycieczkę dla całej rodziny, znalazłam tanie bilety lotnicze. Hotel skromny, trzy gwiazdki – ale przecież nie o to chodzi! Marzyłam, że odpoczniemy, dzieci się ucieszą, zobaczą trochę świata. Koszt nie był duży jak na nasze dochody. Spokojnie mogliśmy sobie pozwolić.

Wieczorem mówię mu: „Kupione, jedziemy!” Postawiłam go przed faktem. I co było? Przy dzieciach się nie kłócił, ale wściekł się. Wysłał dzieci na dwór i zaczął mnie oskarżać, że zrobiłam wielki błąd! Że jestem nieoszczędna, że wymyślam bzdury zamiast zajmować się domem i dziećmi.

Mówił, że nie ma już pieniędzy, że wszystko mi oddał. A ja znowu wszystko zmarnowałam!

Wtedy pokazałam mu swój zeszyt. Mówię: jak to nie masz pieniędzy? Spójrz! Trzy miesiące wszystko zapisywałam, każdą drobnostkę – zajęcia dzieci, rachunki, benzynę – wszystko!

Z zapisków wynika, że tylko połowa twojej pensji idzie na dom, dzieci i jedzenie. A druga połowa? Za nią pojedziemy! A on: skoro sama zdecydowałaś, to sama płać! Nie obchodzi mnie to, mówi. Chciałaś nad morze – trzeba było oszczędzać! I w ogóle, w zeszycie można sobie wszystko napisać.

– Czego ty ode mnie chcesz! – mówi. – Pracuję od rana do nocy! A ty siedzisz w domu, nie masz co robić, to sobie wymyślasz głupoty!

O mało się nie rozpłakałam, bo częściowo miał rację. To on nas utrzymuje. Ale ja też nie jestem głupia – wszystko dobrze przemyślałam! Przecież matematyki się uczyłam. Tu nie trzeba wielkiej filozofii, żeby policzyć dochody i wydatki.

Pokłóciliśmy się bardzo. Michał pojechał wściekły do pracy, a mnie było strasznie przykro – za co on mnie tak traktuje? Sam mnie w domu „posadził”, a teraz wyrzuca, że nie pracuję. Pieniądze gdzieś znikały, i to niemałe, ale nic mi nie mówił. Czuję się bezsilna. Już nie wiem, co robić. On mówi tylko: „Nie ma pieniędzy” – a ja nie mam żadnego argumentu w odpowiedzi.