Każda moja rozmowa z mamą sprowadza się do tematu nieszczęśliwego życia mojego brata, który w wieku pięćdziesięciu lat żyje samotnie, bez żony i dzieci. I mama się skarży, jakby to nie ona sama do tego doprowadziła. Ale gdy tylko jej o tym przypominam, rzuca słuchawką

Mam starszego brata Andrzeja. Jest starszy ode mnie o dziesięć lat, zawsze dobrze się z nim dogadywałam, był tym starszym bratem, o którym można tylko marzyć. Teraz ma już czterdzieści trzy lata, nigdy nie był żonaty i uważam, że w dziewięćdziesięciu procentach to wina mamy. To ona swojego czasu rzucała mu kłody pod nogi.

Pamiętam, jak brat po raz pierwszy przyprowadził do domu dziewczynę. Spotykali się już od około roku i byli gotowi się pobrać, ale mama zrobiła wszystko, żeby ich poróżnić. Robiła to nie bezpośrednio, ale tak, jakby nie miała z tym nic wspólnego. A oni młodzi, impulsywni, nie chcieli ustąpić.

– Wyobraź sobie, znalazła się mądralina! Sama z jakiejś zapadłej wsi, a tu uczepiła się chłopaka z mieszkaniem. Jasne, że chodzi jej o to, żeby wprowadzić się do mieszkania, szybko urodzić dziecko, a potem, jak znajdzie coś lepszego, to go rzuci – opowiadała mama przez telefon swojej koleżance.

Byłam wtedy zbyt mała, żeby wszystko w pełni zrozumieć, miałam dziecięcą pewność, że mama jest mądra, mama wie lepiej.

Potem po paru latach brat znów przyprowadził dziewczynę. Tym razem sprawy zaszły jeszcze dalej, brat mieszkał z tą dziewczyną w mieszkaniu, które odziedziczył po dziadku. Mama zaprosiła ich do nas, niby po to, żeby szybciej odłożyli na ślub, wynajmując tamto mieszkanie. Zgodzili się, bo mama była na tamtym spotkaniu jak miód z cukrem.

A kiedy dziewczyna się przeprowadziła, mama zaczęła ją systematycznie nękać. Wszystko robiła z uśmiechem i jakby z najlepszych pobudek.

Dziewczyna wytrzymała trzy miesiące, potem wyprowadzili się z hukiem, a jeszcze po paru miesiącach się rozstali. Mama świętowała kolejne zwycięstwo.

Takich historii było jeszcze kilka. Ja już zdążyłam skończyć studia, wyjść za mąż i przeprowadzić się do stolicy. Do końca ukrywałam wszystko przed mamą, wiedząc, że i mnie może „dla mojego dobra” narobić kłopotów. Ale zwyczajnie nie zdążyła nic zrobić, a potem miała do mnie za daleko.

Nie straciłam kontaktu z bratem. Często się kontaktowaliśmy, radziłam mu, żeby nie pozwalał mamie za bardzo wchodzić w swoje życie, ale on się śmiał i mówił, że pęka tam, gdzie jest cienko. I że i tak by się rozstał ze swoimi dziewczynami, prędzej czy później. Mamie niczego nie zarzucał.

Kiedy z mężem wyjechaliśmy, mama nagle zdała sobie sprawę, że dzieci już dorosły. Córka, choć młodsza, już wyszła za mąż, a syn wciąż kawaler. Mama rzuciła się na urządzanie mu życia osobistego. U brata zaczęły się ciągłe wizyty.

Mama zapraszała na kolacje niezamężne koleżanki, ale brat przyzwyczaił się już żyć sam, nie obciążając się żadnymi długotrwałymi związkami. W rozmowach telefonicznych mówił mi, że już boi się chodzić do mamy.

Teraz brat ma czterdzieści trzy lata, dobrze zarabia, prowadzi aktywne życie i dużo podróżuje. Często nas odwiedza, mam dwóch synów, którzy szaleją, gdy dowiadują się, że wujek Andrzej przyjedzie w odwiedziny, uwielbiają go, a on ich.

Brat czuje się szczęśliwy, ale dla mamy to żaden argument. W jej opinii bycie szczęśliwym bez żony i dzieci jest niemożliwe. Uważa życie brata za nieszczęśliwe, o czym nieustannie mi się skarży. Ale teraz za każdym razem przypominam jej, że to ona sama przyczyniła się do tego, że brat tak żyje.

Choć Andrzej mówi, że i bez maminych intryg nie założyłby rodziny, ja uważam, że to nieprawda. A teraz brat już niczego nie potrzebuje. Swoją ojcowską miłość przelewa na siostrzeńców, a okresowe romanse nie pozwalają mu się nudzić. Czy jest szczęśliwy? No, według jego słów, tak.