Kiedy mój brat się ożenił, przyprowadził swoją żonę do mieszkania naszej mamy. Ja wtedy mieszkałam osobno, u męża, więc rzadko u nich bywałam. Pewnego razu mama zaprosiła mnie na Boże Narodzenie do siebie. Przyjechaliśmy z mężem, zasiedliśmy przy świątecznym stole, a mama cały czas krzątała się sama – nosiła potrawy, sprzątała, a synowa nawet nie drgnęła. Czekałam, aż wstanie i pomoże, ale nawet o tym nie myślała, a jeszcze wypomniała mamie, że ziemniaki są już zimne. No, wtedy już nie mogłam milczeć
Jeszcze kiedy mój brat dopiero się ożenił, natychmiast przyprowadził żonę do naszego domu, do mieszkania mamy.
W tamtym czasie byłam już zamężna i mieszkałam u męża, w jego mieszkaniu, które kupił przed ślubem.
Nasza mama bardzo cieszyła się, że syn z żoną będą teraz z nią, bo była już na emeryturze i nie chciała być sama.
Od pierwszych dni, odkąd Maria stanęła w progu mieszkania mamy, mama starała się dogodzić jej we wszystkim. Od razu powiedziała, że będzie gotować dla wszystkich, bo młodzi pracują i nie mają czasu na domowe obowiązki, a ona ich żałuje i będzie im pomagać.
Ogólnie nasza mama robiła w domu wszystko dla mojego brata i jego żony, bardzo się dla nich starała: gotowała, sprzątała, a nawet prała ich ubrania, co już mi się nie podobało, ale nie chciałam się wtrącać w ich życie, bo mieszkałam osobno i myślałam, że poradzą sobie beze mnie.
Jak to często w życiu bywa, ludzie szybko przyzwyczajają się do dobrego. Tak stało się i z naszą Marią.
Bardzo szybko przestała doceniać troskę, którą dawała im nasza mama.
Zawsze milczałam, przyznaję szczerze, nie chciałam się mieszać w ich życie, myślałam, że jakoś samo się ułoży, choć wszystko widziałam i było mi żal mamy.
A pewnego razu, właśnie na Boże Narodzenie, przyjechaliśmy z mężem w gościnę do mamy. Ona sama nakrywała stół, podawała różne smaczne potrawy, sprzątała puste talerze.
Przez jakiś czas tylko się przyglądałam, czekałam, że synowa choć trochę pomoże mamie, w końcu są u siebie, zawsze dzielili obowiązki domowe, więc i stół powinni nakrywać razem.
Ale ona ani razu nie wstała od stołu, była jeszcze niezadowolona, że mama podała zimne ziemniaki.
Kiedy zrozumiałam, że Maria w ogóle nie zamierza pomagać mamie, szybko wstałam, pomogłam jej sprzątnąć wszystko ze stołu, umyłam naczynia, wzięłam się za odkurzanie.
A potem powiedziałam mamie, już nie zważając na to, że wszyscy słyszą, że stała się darmową gospodynią dla własnego syna i synowej.
Teraz mama nie jest już młoda, więc powiedziałam jej, by nie pomagała więcej bratu i jego żonie, lecz bardziej zadbała o siebie, bo nikt tutaj nie docenia jej pracy i raczej nie doceni.
Wyjechaliśmy do siebie, a następnego dnia dowiedziałam się, że żona mojego brata się obraziła, brat znalazł jakieś mieszkanie i oni oboje wyprowadzają się od mamy do osobnego wynajmowanego lokum.
Było mi to obojętne, niech żyją, jak chcą, ale było mi żal mamy i rozumiałam, że teraz będzie jej dużo lżej.
Do dziś zapraszam brata do siebie w gości, przychodzi sam, a ja do niego nie chodzę, nie chcę w ogóle rozmawiać z jego żoną.
A brat obraża się na mnie, bo chce, żebyśmy byli jedną rodziną.
Mówi, że nie miałam racji, że przesadziłam i powinnam przeprosić jego żonę, bo byłam w błędzie i wtedy wszyscy będziemy dobrze żyć.
Może rzeczywiście się mylę, ale na razie nie wiem, jak znaleźć wspólny język z synową. I czy powinnam ją przepraszać? Czy naprawdę powiedziałam coś nieprawidłowego?
