Kiedy pierwszy mąż mnie opuścił i złożył pozew o rozwód, zostałam sama z małym dzieckiem, ale byłam szczęśliwa, że przynajmniej mam swoje mieszkanie i nie muszę szukać innego lokum. Rodzice mieszkali daleko, a moja siostra też nie mogła mi pomóc, ponieważ jej mąż nie chciał pracować i ledwo wiązali koniec z końcem. Minęło długich siedem lat i przez te lata myślałam tylko o pieniądzach: gdzie zarobić, na czym oszczędzić, kiedy są promocje i gdzie jest najtańszy chleb. A potem spotkałam Jarosława, zrozumiałam, że to może być moja szansa i muszę działać szybko
Niestety, mój pierwszy związek był nieudany, choć pobraliśmy się z miłości. Codzienne życie wystawiło nas na próbę i, niestety, nie daliśmy rady, rozwiedliśmy się po dwóch latach, a ja zostałam sama z małym synkiem na rękach.
O, jak ciężko mi było wtedy z małym dzieckiem, tego słowami nie da się opisać. Moi rodzice mieszkali na wsi, bardzo daleko od nas, więc od nich nie mogłam liczyć na pomoc, to było jasne.
Dobrze, że miałam własne mieszkanie, nie musiałam płacić za wynajem, co bardzo mi pomagało.
Obok mnie mieszkała moja siostra, ale Olga sama miała dwoje małych dzieci i męża, który nawet nie pracował, a tylko od czasu do czasu podejmował drobne prace, żeby zarobić na chleb. Więc moja siostra, nawet jeśli chciała, to niewiele mogła mi pomóc, bo sama miała ciężko.
Olga czasem brała do siebie mojego małego synka, byłam jej za to bardzo wdzięczna, bo w te dni mogłam sprzątać mieszkania, co bardzo pomagało finansowo.
Przez te siedem lat, kiedy byłam sama, w głowie miałam tylko jedno – pieniądze, choćbym tego nie chciała. Zawsze szukałam, gdzie mogę coś zarobić, na czym oszczędzić, kiedy są promocje, gdzie jest tańszy chleb i mleko, bo wychowywanie syna samodzielnie było bardzo trudne w tych ciężkich czasach.
A potem, pewnego razu, gdy pracowałam na magazynie jako pakowaczka, poznałam Jarosława. Był pięć lat starszy ode mnie, pracował jako zwykły tragarz.
Zaczęliśmy się częściej spotykać, okazał się bardzo dobrym i spokojnym człowiekiem. Było mi z nim dobrze, po raz pierwszy od wielu lat miałam kogoś, z kim mogłam szczerze porozmawiać o swoim życiu, kogoś, kto mnie rozumiał i współczuł, czego wcześniej nie miałam.
Z Jarosławem spotykaliśmy się kilka miesięcy, a potem powiedział mi wprost, że mnie kocha i chce, żebym została jego żoną. Nie chciał dłużej czekać, bo lata życia w naszym wieku szybko mijają, a my nie jesteśmy już młodzi.
Ku swojemu zdziwieniu zgodziłam się. Zgodziłam się zostać jego żoną, nie dlatego, że go kochałam, ale dlatego, że byłam zmęczona byciem samotną, było mi z nim wygodnie i spokojnie. Byłam zmęczona zarabianiem groszy i ciągłym niepokojem, co będzie z dzieckiem, jeśli zachoruję, kto przyniesie chleb do domu.
Jesteśmy z Jarosławem małżeństwem od dziesięciu lat, nasza córka już chodzi do szkoły. Mój syn jest kochany przez Jarosława jak własny, nigdy nie robi różnicy między dziećmi. Czuję się z nim bezpiecznie i pewnie, wiem, że nigdy mnie nie zostawi i nie zdradzi, bo mnie szczerze kocha.
Ale ja go nie kocham i nie mogę nakazać sercu, by kochało. Jestem wdzięczna losowi, że jest przy mnie i mamy dobre życie rodzinne. Ale nie kocham go i czasami bardzo się z tego powodu obwiniam, bo Jarosław wszystko widzi i rozumie. Nawet trudno sobie wyobrazić, jak mu ciężko z tym się pogodzić. Ale ja sama nie mogę nic zmienić, nie mogę sobie nakazać kochać.
Czasami ogarnia mnie smutek, czuję się winna, że tak się toczy, że niby dobrze mi się ułożyło, a mąż – jak będzie. Ale czy mogłam postąpić inaczej? Czy mogłam odmówić swojego szczęścia? Czy jednak nie powinnam wychodzić za mąż bez miłości?
