Kiedy zadzwoniłam do mamy, żeby powiedzieć, że jej wnuk będzie się żenił, po raz pierwszy od wielu lat odebrała ode mnie telefon – tylko po to, by od razu powiedzieć swoje stanowcze „nie”. I to mimo tego, że nawet nie widziała przyszłej synowej na oczy. Choć właściwie nie było w tym nic zaskakującego – na mój własny ślub też nie przyszła i bratu również zabroniła. Bardzo bolało wychodzić za mąż bez matczynego błogosławieństwa, ale wiedziałam, że inaczej się nie da

W ostatni weekend mój syn przyprowadził do domu dziewczynę i ogłosił, że zamierza się ożenić. Od razu przyznam – przyszła synowa nie przypadła mi do gustu. Nie ma ani pieniędzy, ani wykształcenia, a do tego jest od mojego syna starsza o dwa lata. Ale nauczona gorzkim doświadczeniem własnej matki, postanowiłam nie powtarzać jej błędów i udawałam, że wszystko jest w porządku. W końcu to nie ja mam z nią żyć.

Historia lubi się powtarzać, najważniejsze to wyciągnąć wnioski. Miałam dwadzieścia lat, kiedy przedstawiłam mamie swojego przyszłego męża. Przyjęła go z niechęcią – tak samo jak wszystkich moich poprzednich chłopaków. Ale na przekór jej opinii wyszłam za mąż.

Mój ślub odbył się bez jej obecności, a na dodatek nie pozwoliła przyjść mojemu bratu, młodszemu ode mnie o rok. Bardzo cierpiałam, ale wiedziałam, że to była jedyna słuszna decyzja. Po ślubie przeprowadziliśmy się z mężem do innego miasta. Wkrótce urodziły się dzieci, których mama nigdy nawet nie zobaczyła. Nie zrobiła przez dwadzieścia pięć lat ani jednej próby spotkania, telefonu, listu – nic. Jakby nas nie było.

Próbowałam dzwonić sama – bez skutku. Pisałam listy – bez odpowiedzi. Mama miała taki charakter: jeśli kogoś wykreślała ze swojego życia, to na zawsze.

Po moim wyjeździe z mamą został mój młodszy brat Mikołaj. Dobry, spokojny chłopak. Przez te wszystkie lata bardzo się zmienił. Zaczął pić i nie potrafił już przestać. I tak – uważam, że to wina mamy.

Miał dwadzieścia lat, kiedy poznał swoją pierwszą żonę – Elenę. Była od niego kilka lat starsza, więc oczywiście mama natychmiast była przeciw. A Elena była normalną, porządną dziewczyną ze wsi. Ale dla mamy nigdy nikt nie był wystarczający. Po roku małżeństwo się rozpadło.

Jakiś czas później brat znalazł dobrze płatną pracę i tam poznał swoją drugą żonę – Wiktorię. I znów mama była przeciw. Wtrącała się, obrażała, doprowadzała córkę do płaczu. W końcu młodzi wynajęli mieszkanie, potem brat dostał od pracy kawalerkę. I zamiast się cieszyć, mama dalej niszczyła ich relację, aż w końcu Wiktoria odeszła, a brat wrócił do mamy.

Potem rzucił się w naukę, skończył kolejne studia – nie pamiętam już które z kolei. Na trzecim roku związał się z dziewczyną z domu dziecka. Mama nawet nie wpuściła jej do mieszkania, kiedy dowiedziała się, że jest sierotą.

Minęły lata. Na trzydzieste ósme urodziny brata mama oznajmiła mu, że „czas na porządną narzeczoną z dobrego domu” i zaprosiła taką kandydatkę na kolację. Brat nie wytrzymał i po prostu wyszedł z domu. A swoje nieszczęście zaczął topić w alkoholu.

Próbowałam mu pomóc. Zabierałam do siebie, próbowałam leczyć, odciągnąć od kieliszka – nic nie pomagało. Stracił radość życia, nic go już nie interesowało. Jego pierwsza żona Elena wyszła ponownie za mąż i ma dzieci. Wiktoria również znalazła szczęście. A dziewczyna z domu dziecka? Nie wiem, ale mam nadzieję, że życie jej się ułożyło.

A mama? Cóż, zbiera to, co zasiała. Zamiast bawić się z wnukami, co wieczór płacze w poduszkę, żeby nie obudzić Mikołaja, który kolejny raz wrócił do domu pijany.

Myślicie, że cokolwiek zrozumiała? Najwyraźniej nie. Bo kiedy zadzwoniłam, by powiedzieć, że wnuk będzie się żenił, odebrała telefon po latach milczenia tylko po to, by powiedzieć „jestem przeciw”. I to mimo że nie widziała przyszłej synowej na oczy. Ba – ona nawet swojego własnego syna od lat nie widziała naprawdę.

Taka jest. Taki charakter. I już się tego nie zmieni.

Najczęściej nasze matki chcą dla nas dobrze – i właśnie dlatego tak brutalnie wkraczają w nasze życie. Ale rodzice mają wspierać, a nie niszczyć. Mają cieszyć się naszym szczęściem, a nie decydować za nas, z kim wolno nam być.