„Kocham. Ale nie Ciebie. Żegnaj” – napisał mąż w liście

Deszcz nieśmiało stukał w okno, jakby prosił, bym wpuściła go do mojego małego mieszkanka. Jego łzy rozmywały krajobraz za oknem, zamieniając jasnożółtą jesień w nieładną abstrakcję.

Zamyśliłam się, patrząc na dzieła deszczu i słuchając jego żałosnych próśb o wpuszczenie do mojego nieciekawego życia.

Rozproszyłam się.

I nawet nie zauważyłam, kiedy mój mąż odszedł z mojego życia.

Usłyszałam tylko, jak trzasnęły drzwi.

A potem usłyszałam ciszę…

Cisza szybko wypełniła wszystko wokół – sprężysta, prawie namacalna.

Bezmowna.

Kiedy w mieszkaniu jest ktoś oprócz ciebie, to się czuje. Kiedy nie ma – też.

Teraz czuło się to mocniej niż zwykle…

Jego filiżanka z niedopitą kawą stała na stole, przygniatając kartkę papieru…

Nawet nie musiałam czytać, co tam napisane – serce przeszyło mnie zrozumieniem, że to wszystko. Jakbym przewróciła ostatnią stronę książki i już wiedziała, że dalej nic nie będzie, nie będzie kontynuacji. Tekst przeczytany – miejscami interesujący, czasem nie bardzo, ale jednak zdążył poruszyć duszę… I jakże teraz przykro, że to koniec, że pozostało tylko przeczytać na odwrocie ostatniej kartki potwierdzenie, że tę książkę można zamknąć na zawsze…

„Przepraszam. Nie mogę tak dłużej. Kocham. Ale nie Ciebie. Żegnaj”

Kartka, powoli kręcąc się, spada na podłogę.

I prawie natychmiast kropla rozbija się o słowo „żegnaj”…

Deszcz jednak wszedł do mojego życia. Słony deszcz moich łez, które spływają po moich policzkach, chociaż nie chcę płakać. Opłakują tych, którzy niedawno zmarli i których rzeczywiście szkoda.

Nasze małżeństwo z Andrzejem umarło już dawno, tylko ja bałam się sobie to przyznać. Więc dlaczego teraz tak pusto w duszy, chociaż rozumiem, że płakanie za niegodnym mężczyzną jest przynajmniej nierozsądne…

I to, co robię teraz, jest po prostu głupie.

Ale mimo wszystko biorę filiżankę, piję łyk…

Niesmaczny napój dotyka moich ust, podniebienia, języka. Gorzki, jak pocałunek z nielubianym. Lubię inną kawę, z mlekiem i cukrem, a Andrzej miał inne upodobania.

Byliśmy z nim bardzo różni. Mówił, że przeciwieństwa się przyciągają, choć nie do końca wiadomo, po co jest to potrzebne przeciwieństwom, które nie mają żadnych punktów styku.

Tak się zebraliśmy.

I nawet żyliśmy razem przez dwa lata, jak magnesy – czasem przyciągając się do siebie i stapiając w ekstazie, czasem odpychając się w wielu innych kwestiach. Prawie we wszystkim, co nie dotyczyło sypialni, gdzie naprawdę mieliśmy pełne dopasowanie.

Więc dlaczego teraz płaczę? Za przyjemnościami, które przeszły do przeszłości? Czy za miłością, w którą nasze relacje się nie przekształciły?

Chyba jednak za nią.

Za niespełnioną nadzieją, obrazem naszego wspólnego szczęścia, który namalowałam w swojej wyobraźni. Teraz z tego obrazu zostały tylko dwa łyki niesmacznej kawy na dnie teraz już obcej filiżanki i ledwo wyczuwalny zapach perfum Andrzeja, unoszący się w kuchni. Zawsze lubił, żeby dobrze pachniało – dobrze dla niego, a nie dla mnie, której nigdy nie podobał się zbyt intensywny zapach, którym się otaczał.

Otwieram okno.

Deszcz i wiatr, odrzucając zasłonę, natychmiast wpadają do środka. Ciężkie krople bębnią po parapecie, mokra plama delikatnie smaga mnie po twarzy. Tak pewnie ratownik sprawdza, czy poszkodowany żyje, czy już nie ma się co męczyć.

Uśmiecham się przez łzy, zmieszane z deszczem.

Życie toczy się dalej.

Trzeba tylko wylać z niego obcą gorycz, umyć filiżankę mydłem i przewietrzyć kuchnię. Dobrze by też wyrzucić z głowy wspomnienia o dwóch latach małżeństwa, ale to jest trudniejsze.

Ale jestem silna, poradzę sobie.

Na pewno poradzę sobie.