Kochanka mojego męża natarczywie żądała, abym go zostawiła, teraz biega za mną, żeby go zabrać z powrotem

Jeszcze rok temu kochanka mojego męża żądała, żebym dała mu rozwód, przestała wiązać mu skrzydła i nie niszczyła ich szczęścia. Tylko rok temu! A teraz z takim samym zapałem biega za mną, żeby go zabrać z powrotem.

Mój były mąż to bardzo impulsywny człowiek, ale czasem traci kontakt z rzeczywistością. Taki sobie romantyk z oderwanym spojrzeniem. Dlatego kiedyś go pokochałam.

Ale taki romantyk okazał się słabo przystosowany do zwykłego ludzkiego życia. Spacerowanie z nim nocnym miastem, witając świt na moście, pijąc i słuchając winylowych płyt – to bardzo fajne. Ale wyjaśnić mu, że nie powinien rozrzucać skarpetek po pokoju, że trzeba jakoś oszczędzać budżet, że remont sam się nie zrobi – to niemożliwe.

Kupował za ostatnie pieniądze piękny bukiet kwiatów, ale nie przejmował się, że w lodówce jest pustka, a do wypłaty jeszcze cały tydzień.

Dlaczego nie odeszłam? Na początku wielka miłość, niczego nie zauważałam, a potem ciąża i dziecko. I miłość nie wyparowała całkowicie pod naporem codziennych problemów.

Pięć lat mieszkaliśmy razem, chociaż ostatni rok już z przyzwyczajenia. Nie wiem, ile jeszcze trwałoby to małżeństwo, ale mąż znalazł sobie kochankę.

Młoda dziewczyna, bez dzieci, bez żadnych obciążeń, była zauroczona moim mężem. Nie wiem, co jej nagadał, ale przyjechała do mnie żądać, żebym uwolniła tak wzniosłego człowieka.

Sam mąż przezornie nie pokazywał mi się na oczy przez trzy dni po wizycie swojej kochanki. Przez ten czas już przemyślałam sprawę i zgodziłam się z jej argumentami.

Po co trzymać tak wzniesionego człowieka w klatce małżeństwa? Niech leci na wolność, gołąb siwoskrzydły. Tak mu napisałam.

Gołąb przyczołgał się do domu, skomląc coś o wybuchu uczuć, niemożliwości ich ukrywania i niechęci do łamania mi serca. Ale ja już się uspokoiłam, więc życzyłam mu powodzenia.

Rozwiedliśmy się szybko. Nie mieliśmy wspólnego majątku, o alimenty się nie sądziliśmy. Nie widziałam sensu: i tak płaciłby grosze, jeśli w ogóle by nie zapomniał, taka to powietrzna osoba.

Pozostał pewien niesmak po rozwodzie, oczywiście, w końcu go kochałam, był dobry na swój sposób. Ale też poczułam dużą ulgę. Życie codzienne stało się znacznie prostsze.

Z byłym mężem nie miałam kontaktu. Z dzieckiem widywał się rzadko, częściej u swoich rodziców, którzy regularnie zabierali wnuka na weekendy. Nie miałam z nim o czym rozmawiać. Jak się urządził ze swoją dziewczyną, mnie to nie interesowało.

Ale niedawno dziewczyna sama pojawiła się na progu mojego domu. To było niespodziewane: w moim mieszkaniu nie było już mężczyzn, których warto byłoby uwolnić od kajdan codzienności. Ale panienka przyszła z innego powodu. Błagała mnie, żebym zabrała męża z powrotem. No, nie powiedziała tego wprost, ale do tego się sprowadzało.

Nasz geniusz nagle wpadł w apatię, całkowicie się rozluźnił, a dziewczyna zmęczyła się sprzątaniem po nim, karmieniem się pięknymi słowami i wiarą w świetlaną przyszłość.

– Przecież to pani go lepiej zna, tyle lat z nim pani przeżyła, macie wspólne dziecko! Nie może go pani zostawić w takim stanie – stwierdziła panienka.

Nalegała, żebym porozmawiała z byłym mężem, jakoś wyciągnęła go z tego stanu, może zabrała go do siebie na jakiś czas, żeby udzielić mu pomocy. Mówiła o nim jak o kocie.

Po kolejnych dwudziestu minutach rozmowy ustawiłam wszystko na właściwym miejscu. Jeśli usunąć wszystkie kwieciste słowa, to dziewczyna zmęczyła się swoim obiektem adoracji. Na początku była zachwycona romantyzmem, ale potem zaczęła się proza życia.

Były histerie, awantury, tłuczenie naczyń, jego nocne wyjścia z domu. Na początku dziewczynę to wszystko interesowało, a teraz zmęczyła się i chce normalnych relacji.

Ale nie może wyrzucić mojego byłego ani ze swojego życia, ani nawet ze swojego mieszkania. Woła, że ją kocha, dla niej poszedł na takie poświęcenia, gotów spać na wycieraczce pod jej drzwiami.

Wtedy panienka pomyślała, że może zwrócić mi męża na gwarancji. Tylko ja nie jestem komisją: nawet z dopłatą go nie chcę. Więc wyprowadziłam dziewczynę, życząc jej powodzenia i przypominając, że w wyrzuceniu niezameldowanej osoby może pomóc policja.

Ale dziewczyna do policji nie poszła, za to stara się mnie dopaść i namówić, żebym jakoś pomogła jej w tej biedzie. Ja jednak trzymam się swojego – niech radzi sobie sama.

Przecież to ona bardzo chciała, żebym go zostawiła. Teraz niech cieszy się pełnymi garściami owocami swoich duchowych uniesień.