Kupiliśmy mieszkanie. Minęły zaledwie 3 dni od parapetówki – dzwonek do drzwi

Otwieram – kobieta i dziewczyna. I się zaczęło…

Niedawno kupiliśmy mieszkanie. Minęły trzy dni od parapetówki – dzwonek do drzwi. Otwieram – kobieta i dziewczyna.

– Dzień dobry! Przepraszam, państwo się chyba niedawno wprowadzili?

– Tak, zgadza się.

– A to państwa kot ciągle wychodzi na balkon?

– Tak, rzeczywiście.

– Wie pan, on jest taki piękny! Od razu widać, że rasowy! A my z córką mamy „dziewczynkę”, też „syberyjkę”. Jak tylko zobaczyła państwa kocura, od razu się zakochała.

Od dawna jej nie parowaliśmy. Chciałyśmy zapytać – jak u niego z „męskością”? Czy możemy przyprowadzić naszą Markizę do państwa? Nie będziecie mieli nic przeciwko?

– Cóż, muszę zapytać żony. Ale myślę, że się dogadamy.

– Och, wspaniale! Wie pan, on jest taki duży… i ma taki surowy wyraz pyszczka… czy nie zrobi krzywdy naszej małej?

– Nie, raczej nie!

– To niech pan porozmawia z żoną, a my wieczorem przyjdziemy, dobrze?

Uzgodniłem to z żoną. Poszliśmy do kota.

– No, panie Konstantynie. Dziś przyprowadzą ci dziewczynę! Dość tego kawalerskiego życia – w końcu masz już dwa lata! Wieczorem przekonasz się, jakie masz szczęście!

Po godzinie – dzwonek do drzwi. Na rękach kobiety – puszysta, śnieżnobiała kotka. Gdy tylko zobaczyła Konstantyna stojącego metr od niej, natychmiast miauknęła i postanowiła spełnić wszystkie swoje kobiece pragnienia w pełnym zakresie.

Wystrzeliła z rąk kobiety, ten metr przeskoczyła w powietrzu i wylądowała prosto na karku Kostka. Jednocześnie wyciągnęła pazury. Zaskoczony takim atakiem Kostek rzucił się w bok i postanowił ratować się ucieczką.

Przez następne kilka minut Kostek i Markiza przeżywali coś, co przypominało sytuację kawalera, który nieopatrznie wpadł na kobietę zdeterminowaną wyjść za niego za mąż.

Nasz wielki i groźny kot skakał długimi susami po meblach, ścianach i zasłonach, błagając w swojej kociej mowie:

„Zabierzcie ode mnie tę wariatkę!” A mała biała kotka latała za nim na skrzydłach miłości, kusząco miaucząc: „Weź mnie – jestem cała twoja!”

Złapać białą bestię udało się dopiero po około 10 minutach. Jej właścicielki coś mruknęły, złapały ją w ramiona i zniknęły.

Kostek zanurkował pod łóżko i stanowczo odmówił wyjścia, patrząc na nas oczami pełnymi przerażenia. W międzyczasie rozbite zostały 2 wazony, przewrócono 5 doniczek z kwiatami, 2 zasłony zostały rozdarte w strzępy, a tapety na wszystkich 4 ścianach miały ślady pazurów.

Pod łóżkiem Kostek siedział przez 2 dni.

Jeszcze przez tydzień wychodził stamtąd spięty, gotowy w każdej chwili do ucieczki.
Chyba nie zrozumiał tak dzikiej miłości.