Mam prawie czterdzieści lat, a wciąż jestem uwikłana w zależność od własnej matki. W jej przekonaniu tylko jej zdanie się liczy — jest jak prawo, którego nie wolno podważać. Niedawno nagle zażądała, żebym rzuciła wszystko i pojechała na działkę, żeby przenosić ule z jednego miejsca na drugie. Odmówiłam. Dopiero co doszłam do siebie po chorobie, droga jest daleka, zimno, a ja nie mam nawet samochodu — musiałabym jechać rowerem. Ona jednak przedstawiła wszystko po swojemu: obraza, cisza, a mojemu synowi opowiedziała zupełnie inną wersję wydarzeń
Mam 38 lat, moja mama ma 64. Jestem w drugim małżeństwie, mam dwóch synów. Niedawno razem z mężem kupiliśmy własny dom. Wszystko mogłoby być dobrze, gdyby nie moja matka. Nie pozwala mi spokojnie żyć.
Rok temu zmarła nasza babcia. Miała 91 lat. Była w podeszłym wieku, ale miała jeszcze siły — mogłaby pożyć dłużej, gdyby nie ciągłe napięcia. Mama opiekowała się nią, to prawda, ale między nimi bez przerwy dochodziło do konfliktów, które bardzo odbijały się na zdrowiu babci.
Podobnie było z moim ojcem. Mama ciągle go krytykowała, obwiniała o wszystko. Ich życie było pełne kłótni. A on był dobrym, ciepłym człowiekiem, żył dla nas. W grudniu ubiegłego roku jego też zabrakło.
Moja mama wychowuje mojego starszego syna. Kiedy był mały, zabrała go do siebie i nie oddała mi go z powrotem. Przedstawiała mnie jako nieudolną matkę, osobę do niczego niezdolną. Nie pozwalała mi się z nim widywać. Był nawet moment, kiedy groziła, że odbierze mi prawa rodzicielskie. Dlaczego? To pytanie należałoby zadać jej.
Dziś mój syn ma 17 lat. Mama nastawia go przeciwko mnie i w ogóle nie pozwala mu do mnie przychodzić. Gdy wracał z college’u i wstąpił do mnie na chwilę, ona bez przerwy do niego dzwoniła, ponaglając, żeby natychmiast wracał do domu. A on tłumaczył się przez telefon: „Mamo, tylko na sekundkę, chciałem ją zobaczyć”.
Młodszego syna mama nie darzy sympatią — być może to nawet lepiej, bo bałabym się, że i jego by mi odebrała. Do mojego męża również ma nieustanne pretensje.
Boże, jak bardzo jestem zmęczona. Potrafi dzwonić do mnie osiem razy dziennie, kontrolując każdy mój krok. A przy tym ciągle słyszę, że jej jest ciężko, że wszystko ją boli, a ja jestem niewdzięczna, obojętna, nieczuła. Sąsiedzi i krewni mówią mi: „Masz taką dobrą mamę, a tak ją traktujesz”.
A ja? Ja pomagam. Na każde jej wezwanie rzucam wszystko i biegnę, niezależnie od pogody i własnego samopoczucia. Nie mieszkamy nawet blisko siebie. A jednak znów zażądała, żebym pojechała na działkę i przenosiła ule, które stoją tam od trzech lat. Odmówiłam. I znów obraza, milczenie, manipulacje i przekłamywanie faktów wobec mojego syna. Jestem wykończona. Naprawdę wykończona.
Najgorsze jest ciągłe poczucie winy. Nie mogę na każde skinienie matki skakać jak na zawołanie i robić wyłącznie tego, czego ona chce — wtedy, kiedy ona chce. Mam swoje życie, swoje obowiązki i swoje problemy. Ojciec kiedyś powiedział mi: „Ona ma taki charakter, że nie da się tego wytrzymać”.
Próbowałam ją wtedy usprawiedliwić: „Ona po prostu się o nas troszczy”. A on odpowiedział: „Lepiej, żeby wcale się nie troszczyła”.
Mam prawie czterdzieści lat i wciąż tkwię w tej zależności. Dla niej tylko jej słowo się liczy. Tak dalej po prostu nie da się żyć.
