Mama wymaga, żebym jej pomagała, a sama mi pomagać nie chce!

Dzwonią do nas na przemian i zawsze czegoś żądają. A gdy prosimy je o pomoc, znajdują milion wymówek. Nawet nie chcą posiedzieć z własnym wnukiem!

Nasze mamy prawie nie utrzymują kontaktu. Mają podobne charaktery, więc trudno im się porozumieć. Jak to mówią, przeciwieństwa się przyciągają.

Ani mama, ani teściowa nigdy nie pracowały. Wszystkie decyzje podejmowali za nie mężowie, więc mogły spokojnie zajmować się domem i wychowaniem dzieci. Nawet nie mają książeczek pracy, a ich emerytury są minimalne. Jakimś cudem udało im się wywalczyć minimalne świadczenia.

W zasadzie obie są pełne energii. Gdyby chciały, mogłyby podjąć pracę jako portierki lub sprzątaczki, ale po co się wysilać, skoro można polegać na dzieciach? Uważają, że to nasz obowiązek ich utrzymywać.

Wszystko zaczęło się, gdy zaszłam w nieplanowaną ciążę. Tak, dokładnie tak. Nie planowaliśmy jeszcze dziecka, bo chcieliśmy najpierw uzbierać na wkład do kredytu hipotecznego i stanąć na nogi. Ale nie zamierzałam usuwać swojego dziecka. Mój mąż również był przeciwny aborcji. Postanowiliśmy więc mieć dziecko, niezależnie od okoliczności.

Mama i teściowa zrozumiały naszą sytuację i obiecały pomoc. Przenieśliśmy się do mojej mamy, aby zaoszczędzić więcej pieniędzy na wkład do kredytu, ponieważ wynajem nie pozwalał nam na odkładanie. Mieliśmy dobre relacje, więc wspólne mieszkanie nie wydawało się problemem.

Kiedy urodziło się dziecko, wszystko się zmieniło. Mama przyzwyczaiła się do ciszy, więc każdy dźwięk ją irytował. Stała się nerwowa i drażliwa, bo nasz syn nie był spokojnym dzieckiem. Słabo spał i często marudził. Mama oskarżała mnie, że jestem nieudolną matką, skoro nie potrafię poradzić sobie z własnym dzieckiem.

Nasze relacje zaczęły się psuć. Mama sugerowała, że nasza obecność ją drażni. Nie chciała też pomagać z dzieckiem. Czasami nawet nie mogłam umyć zębów, bo syn był bardzo przywiązany do mnie.

Gdy sytuacja stała się nie do zniesienia, przenieśliśmy się do teściowej. Na początku wszystko układało się świetnie. Sama zajmowała się domem i opiekowała się wnukiem. Ale jej zapał szybko się wyczerpał. Zaczęła narzekać, że przeszkadzamy jej jako „starym, chorym człowiekiem”, bo ciągle robimy hałas i kręcimy się pod nogami.

Przez pół roku znosiliśmy jej krytykę i oskarżenia, aż w końcu wzięliśmy kredyt na kawalerkę. Planowaliśmy wziąć mieszkanie dwupokojowe, ale zrozumieliśmy, że życie z naszymi mamami jest niemożliwe.

Po przeprowadzce, relacje z mamami wróciły do normy. Jednak nadal nie chciały opiekować się wnukiem. Odwiedzały nas tylko od święta i nie spieszyły się z pomocą.

Co więcej, zaczęły domagać się pomocy od nas. Ta potrzebowała leków, tamta zakupów. Jednej cieknie kran, drugą zalali sąsiedzi. Próbowaliśmy im wytłumaczyć, że mamy problemy finansowe. Fizycznie możemy pomóc, ale finansowo – nie. Ale czy one nas słuchały? Według nich, dzieci mają obowiązek pomagać rodzicom.

Z mężem uzgodniliśmy, że możemy zaoferować taki układ: one opiekują się wnukiem, ja wracam do pracy i płacę im jak za opiekę. Ale ten pomysł im się nie spodobał. Pieniądze chcą, ale opiekować się dzieckiem – nie.

Jak mamy im pomagać, skoro teraz pracuje tylko mój mąż? Ledwo wiążemy koniec z końcem. Mogłyby mieszkać razem i wynajmować jedno z mieszkań – miałyby dochód. Ale to im też nie pasuje.

Teraz nasze mamy są na nas obrażone. Ale w czym jesteśmy winni? Niestety, nie możemy wyjść poza nasze możliwości. Dopóki jestem na urlopie macierzyńskim, mamy ograniczone możliwości. Czy one tego nie rozumieją?