Mąż chce zarówno nakryty stół, jak i dobrze zarabiającą żonę

Spotkałam się z moją przyjaciółką z uczelni na szybko. Nie widziałyśmy się przez sześć lat, ale nie miałyśmy czasu na dłuższą rozmowę. Wpadłyśmy do kawiarni, wypiłyśmy po filiżance kawy przy stoliku bufetowym, wymieniłyśmy nowinki i rozstałyśmy się. Mogłabym pogadać z nią dłużej, tym bardziej po tak długiej przerwie, ale Natalia była cała w nerwach i ciągle spoglądała na zegarek – spieszyła się do domu. Jednak zdążyła w dwóch słowach opowiedzieć mi, co ją trapi i dlaczego tak bardzo się śpieszyła do rodziny.

Ona i Aleksander pobrali się zaraz po studiach, piętnaście lat temu. Wtedy świetnie bawiliśmy się na ich weselu, jej mąż miał bardzo liczną rodzinę, która hojnie wzięła udział w świętowaniu młodej pary. Dzięki prezentom ślubnym Natalia i Aleksander mogli wpłacić zaliczkę na dwupokojowe mieszkanie. Takie kredyty zawsze obciążają budżet rodzinny, moja przyjaciółka i jej mąż nie byli wyjątkiem. Tak, oboje mieli pracę, ale łączenie spłaty kredytu i pokrywanie wszystkich innych wydatków było bardzo problematyczne.

Pamiętam, że Natalia wtedy schudła, spotkałam ją dwa lata po zakupie mieszkania – nie poznałam jej, tak bardzo była wyczerpana. Oszczędzali na wszystkim, tym bardziej że w międzyczasie powiększyli rodzinę, Natalia urodziła pierwsze dziecko. Chwaliła się, że potrafi jedną kurę „rozciągnąć” na cały tydzień. Moja przyjaciółka miała poczucie humoru, opowiadając o swoich kulinarnych oszczędnościach, żartowała, że z nóżek jeszcze kompotu nie zrobiła.

Po tamtym spotkaniu widywałyśmy się jeszcze kilka razy, głównie rozmawiając przez telefon, zwłaszcza gdy Natalia znalazła pracę w firmie, gdzie jej pensja znacznie wzrosła. Pomógł jej przypadek – jakiś daleki krewny męża pracował w tej firmie i zaproponował Natalii, żeby spróbowała pójść na rozmowę kwalifikacyjną do ich szefa. Otwarła się wakat, ale dyrektor nie chciał zatrudniać byle kogo i już odrzucił tuzin kandydatek. Oferta była kusząca, ale i stresująca, bo skoro tylu kandydatów nie przeszło, szanse na sukces wydawały się małe. Jednak, po wsparciu moralnym i błogosławieństwie męża, Natalia postanowiła zaryzykować.

Jak to mówią, kto nie ryzykuje, nie pije szampana. Natalia po udanej rozmowie kwalifikacyjnej zaczęła to robić regularnie, ponieważ taka podwyżka budżetu pozwalała na to.

Dobrze wtedy pomogła im mama Natalii. Oprócz pierworodnego mieli już dwuletnią córeczkę Nastkę, a próba zapisania jej do przedszkola nie powiodła się, bo dziewczynka ciągle łapała jakieś infekcje i Natalia musiała zrywać się z pracy, żeby ją odebrać.

Babcia, można powiedzieć, wtopiła się w ich rodzinę. Przychodziła rano, a wychodziła, gdy Natalia wracała z pracy. Dzieci były pod opieką, jedzenie było przygotowane i rodzice mogli po pracy po prostu odpocząć i się zrelaksować.

Czasem głowa rodziny musiała czekać na żonę, bo dobra pensja oznaczała też dużą odpowiedzialność. Jeśli trzeba było nadrobić zaległości, pracownicy zostawali w pracy i kończyli to, co było do zrobienia. Oczywiście, było to dobrowolne, ale jeśli ktoś nie chciał pracować dłużej, po kilku takich przypadkach zawsze znajdowały się powody do złożenia wypowiedzenia „za porozumieniem stron”.

Natalia też rozumiała, że może stracić swoją pozycję, jeśli nie będzie czasem pracować nadgodzin, tym bardziej że dyrektor w takich przypadkach nie żałował premii, oficjalnie lub w kopertach.

Niestety, jej mąż tego nie rozumiał, irytował się, gdy żona nie witała go przy drzwiach. Ile razy Natalia nie próbowała mu wyjaśnić, że zostaje po godzinach nie z kaprysu, ale żeby nie stracić dobrze płatnej pracy i zarobić dodatkowe pieniądze, Aleksander nie słuchał.

Problem stał się bardziej wyraźny, gdy Nastka poszła do szkoły, a czas babci zmniejszył się. Odbierała wnuczkę ze szkoły, a do wieczora dziewczynka była już pod opieką starszego brata. Dzieci radziły sobie dobrze, razem odrabiali lekcje, starszy brat dobrze spełniał swoje obowiązki, ale kolację czasem musiał przygotować ich ojciec.

Te kolacje odbywały się w napiętej atmosferze, głowa rodziny bardzo niechętnie pełniła swoje kuchenne obowiązki. Nie podobało mu się, że musi wykonywać „kobiece” prace, ale jednocześnie chciał, żeby żona nadal przynosiła wysoką pensję, dwukrotnie wyższą od jego.

Podczas naszej krótkiej rozmowy przyjaciółka skarżyła się, że ma dość takiego podejścia męża. Proponowała mu, żeby sam znalazł pracę z podobnym wynagrodzeniem, żeby mogła zwolnić się i pracować na pół etatu, ale taki układ też mu nie odpowiadał. Więc Natalia biegła do domu, żeby, broń Boże, nie spóźnić się i nie pogorszyć relacji z mężem.

Moim zdaniem, postawiłabym ukochanemu ultimatum – albo utrzymujesz rodzinę, albo nie narzekaj na dodatkowe obowiązki w domu, zwłaszcza że nie są one codzienne.