– Mąż to jeszcze jedno dziecko, więc musisz to znosić – oznajmiła mi teściowa

Teściowa uważa, że mąż to jeszcze jedno dziecko, o które trzeba dbać, pielęgnować, kochać i wszystko mu wybaczać.

Co to w ogóle za dziwny pomysł, żeby traktować dorosłego faceta jak dziecko? Jeśli jest dzieckiem, to niech dalej siedzi przy spódnicy mamy, a ona go karmi łyżeczką i uczy korzystać z nocnika.

Mój tata nigdy nie był “jeszcze jednym dzieckiem”. Był dorosłym człowiekiem, miał obowiązki, był głową rodziny, podejmował poważne decyzje i ponosił za nie odpowiedzialność.

Na początku mój mąż nie sprawiał wrażenia osoby, z którą będą problemy w codziennym życiu. Może to była miłość, która zawróciła mi w głowie, może po prostu na wiele rzeczy nie zwracałam uwagi, bo wszystko działo się bardzo szybko. Nie zdążyłam się dokładnie przyjrzeć.

Spotykaliśmy się przez dwa lata, ale razem mieszkaliśmy tylko przez trzy miesiące, podczas których nie zdążyłam się przekonać, że będę musiała być nianią dla dorosłego faceta.

Pobraliśmy się, spędziliśmy wakacje i życie wróciło na zwykłe tory. Wtedy zaczęły wychodzić na jaw różne nieprzyjemne odkrycia. Nie wszystko od razu, oczywiście, ale stopniowo wiele rzeczy się pojawiło.

Na przykład mąż w ogóle nie umie gotować. Wcale. Jego maksimum to zrobić kanapki, i to pod warunkiem, że chleb i kiełbasa są już pokrojone, bo inaczej pokroi je krzywo.

Jajecznica jest dla niego za trudna. Może jedynie zalać wrzącą wodą makaron instant.

Byłam w szoku, gdy się o tym dowiedziałam. Jakoś wcześniej na to nie zwracałam uwagi, a tu się okazało, że muszę szybko wracać z pracy, żeby nakarmić męża.

Dzwoni i mówi, że jest głodny, a wszystko, co było przygotowane, już się skończyło. Mówię mu, żeby zrobił sobie jajecznicę, a ja przyjdę i przygotuję normalną kolację.

Mąż wzdycha, że nie umie. Myślałam, że żartuje. Okazało się, że nie. Przyszłam, a na stole stoi dostawa gotowego jedzenia, nie mógł się doczekać.

Nie mam nic przeciwko jedzeniu z dostawy od czasu do czasu. Problem w tym, że to drogie, a my oszczędzamy na mieszkanie. Mąż już kilka razy zamawiał dostawę.

Na moje oburzenie odpowiedział swoim. Co, mówi, mam robić, jeśli jestem głodny? Przecież w lodówce są jajka, w zamrażarce na wszelki wypadek leżą pierogi.

Kolejnym nieprzyjemnym odkryciem było to, że mąż nie umie obsługiwać pralki. Rano zapomniałam ustawić timer, poprosiłam męża, który wraca wcześniej z pracy, żeby włączył pranie.

Bielizna była już w bębnie, trzeba było tylko wsypać proszek i wlać płyn do płukania. No, i nacisnąć przycisk – to wszystko! Nie trzeba było sortować prania, ustawiać temperatury ani niczego robić.

Mąż powiedział, że tego nie umie, nie rozumie, jak działa pralka, więc poczeka, aż wrócę i sama to zrobię. To mnie rozwścieczyło: myślałam, że się wykręca.

Okazało się, że nikt go tego nie nauczył, a pranie i prasowanie woził do mamy. Chłopak ma prawie trzydzieści lat, a mama prała mu ubrania!

Przy pierwszej okazji zapytałam teściową, jak to się stało, że jej syn nic nie umie? Nie mówię o wysokiej kuchni czy skomplikowanych pracach domowych, ale on nic nie potrafi w codziennym życiu.

Teściowa zaczęła rozwodzić się nad tym, że chłopcy wszystko inaczej odbierają, że trudniej im to przychodzi. A swoją mowę zakończyła prawdziwym majstersztykiem:

– Mąż to jeszcze jedno dziecko, więc musisz to znosić! My, kobiety, musimy same zajmować się całym domem.

Nie wiem, co tam należy do obowiązków teściowej, ale w moich planach to się nie mieściło. Pracuję do siódmej wieczorem, wracam do domu – a tu druga zmiana! Będę stopniowo uczyć męża, żeby przestał być dzieckiem, a stał się dorosłym człowiekiem.