Mąż wcale nie chce pomagać w domu!
Mąż stwierdził, że skoro nie pracuję codziennie, to nie muszę mu pomagać. Według niego mam wręcz sielankę, a nie pracę. Tylko że nie wziął pod uwagę, że ja pracuję 12 godzin dziennie, a on tylko osiem. Dzieci są na mojej głowie.
Mamy z mężem dwoje dzieci. Z urlopu macierzyńskiego wróciłam w zeszłym roku, gdy młodsza córka poszła do przedszkola. Musiałam znaleźć nową pracę, żeby mieć elastyczny grafik i w miarę wyrozumiałego szefa. Poprzednia praca była bardzo stresująca i miała mnóstwo obowiązków.
Nie mogłam dalej siedzieć w domu, bo z jednej pensji męża nie dawaliśmy rady. Trudno jest wyżywić i ubrać dwoje dzieci. Chociaż nie mieliśmy kredytu hipotecznego, to ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Szukałam pracy nie ze względu na poziom wynagrodzenia, ale po to, żeby móc odbierać dzieci z przedszkola i szkoły, no i żeby bez problemu mogłam brać zwolnienia na dzieci.
Znalazłam pracę z elastycznym grafikiem – dzień pracy, dzień wolny. Jeśli trzeba wziąć wolne, mogę się dogadać z kolegami. Kolejnym plusem tej pracy jest to, że jest blisko domu. Wszystko układało się idealnie, gdyby nie mąż…
Mąż pracuje od poniedziałku do piątku, po osiem godzin dziennie, a ja pracuję dłużej. Kiedy ja pracuję, wracam później niż on – dzieci odbiera on. Ale przychodzi do domu i kładzie się na kanapie. Nie chce sprzątać, odrabiać lekcji z córką ani gotować kolacji. Czeka na mój powrót. Twierdzi, że jest zmęczony.
Nie może odrabiać lekcji z dzieckiem, bo nie ma cierpliwości. Gdyby nie teściowa, zwariowałabym. Czasem nas ratuje, więc kiedy wracam do domu, mogę odpocząć. Sprawdza, jak nasza uczennica sobie radzi, pomaga jej pakować plecak i gotuje kolację.
Kiedy mam dzień wolny, mój dzień zaczyna się wcześnie rano i kończy o północy. Muszę wszystkich obudzić, nakarmić, rozwieźć, wrócić do domu i zabrać się za sprzątanie i gotowanie. Potem odbieram córkę ze szkoły, zabieram na zajęcia dodatkowe i robię z nią lekcje. Nie mogę zapomnieć o odebraniu młodszej córki z przedszkola. W międzyczasie pranie, prasowanie i inne domowe obowiązki. Świetnie odpoczywam, prawda?
Po trzech miesiącach zrozumiałam, że w takim tempie długo nie wytrzymam. Przypomniałam mężowi, że nie zostałam zatrudniona jako służąca. Przecież też pracuję, a nie siedzę w domu, więc potrzebuję pomocy. On za to nie zajmuje się ani domem, ani dziećmi. Oznajmił mi, że nie musi pomagać, bo pracuje codziennie, z wyjątkiem weekendów.
– A kiedy ja mam odpoczywać? – oburzyłam się.
– Czy ja ci każę coś robić? Weź i połóż się, czytaj książkę albo spotkaj się z koleżankami. Kto ci nie pozwala? – odpowiada mąż.
Tak, a jedzenie samo się ugotuje? Mieszkanie samo się posprząta? Jeśli nic nie będę robić, to kto utrzyma dom? O dzieciach już nie wspomnę. Mam je zostawić bez opieki? Chyba muszę zafundować mężowi dzień wolny z pustą lodówką, głodnymi dziećmi i totalnym bałaganem.
