Miłości wnuków za pieniądze nie kupisz
W ubiegłym tygodniu świętowaliśmy jubileusz teściowej. Postanowiła uczcić zakończenie swojej szóstej dekady życia z rozmachem – na letnim tarasie restauracji, z muzyką na żywo i wodzirejem.
Zaprosiła oczywiście znajomych, byłych kolegów z pracy, krewnych. Przybyliśmy i my – z naszymi Igorem i Aleksandrą. Głośna atmosfera i pompetyczność gratulacji w mikrofonie wcale ich nie zaimponowała, a dzieci, jak to dzieci, zatopiły się w swoich gadżetach. Uzgodniliśmy z nimi, że nie będą nas naglić do powrotu do domu, a w zamian otrzymają po imprezie pewne bonusy. Myślę, że to właśnie te bonusy powstrzymywały ich od ciągłego pytania „kiedy już pojedziemy?”.
Goście zauważyli, że dzieci nie zwracają uwagi na jubilatkę-babcię, co niektórzy musieli wyjaśniać po kilku toastach, aby nie wtrącali się ze swoimi radami do naszej rodziny.
Z teściową mam od dawna pewne relacje, które można określić jednym słowem: „żadne”. Przed naszym ślubem, zdając sobie sprawę, że jej jedyny syn wkracza w dorosłość, teściowa postanowiła rozwieść się z mężem, z którym od dawna nie żyli w zgodzie. Zaraz po rozwodzie znalazła nowego partnera, myślę, że długo kontaktowali się nie tylko jako przyjaciele, i zaczęła żyć na pełnych obrotach. Oczywiście, jest dorosłą kobietą i miała pełne prawo do tak radykalnych decyzji w wieku czterdziestu pięciu lat plus. Z nowym mężem regularnie jeździła na wakacje nad morze, w weekendy uczestniczyła w licznych wydarzeniach – teatrach, wystawach, festiwalach, innymi słowy – prowadziła aktywne i interesujące życie.
Jej grafik był tak napięty, że nawet nie pojawiła się przy moim wypisie ze szpitala po narodzinach pierwszego wnuka, wtedy odpoczywali w Turcji i nie uznała za konieczne skrócenie urlopu o jeden dzień, cóż, urodził się wnuk… Nie stała się babcią w pełnym tego słowa znaczeniu, nawet po powrocie z kurortu – wpadła, pogratulowała, wręczyła kopertę, rzuciła okiem na niemowlę i zniknęła.
Wizyty u wnuka były, jak to ironicznie ujmuję, regularne – raz w roku, na urodziny. I bardzo krótkie. Igor przez pierwsze trzy lata nawet nie od razu rozumiał, kto to mu wręcza pięknie zapakowaną zabawkę i, obracając się na jednej nodze, znowu znika. Historia z wnuczką, Aleksandrą, którą urodziłam cztery lata po Igorze, była niemal identyczna – na wyjściu babci były sprawy, niespodziewane pojawienie się, koperta, i – teraz wnuk i wnuczka widywali babcię już aż dwa razy w roku – w końcu urodziny dzieci były dwa! Teściowa gratulowała nam i mężowi przez telefon, nie uznając za konieczne poświęcenie nam ani czasu, ani pieniędzy na nasze prezenty.
Igor i Aleksandra dorastali, znając jedną babcię – moją mamę, i dziadka – mojego tatę, z którymi mieli klasyczne relacje dziadek-babcia-wnuki. Teściowa w ogóle nie dążyła do kontaktu z naszymi dziećmi, co oczywiście było jej sprawą, tylko nie rozumiem, czego oczekiwała na swojej restauracyjnej imprezie? Jeśli my z mężem jeszcze zachowywaliśmy protokół – życzyliśmy zdrowia, kiedy trzeba się uśmiechaliśmy do fotografa, rozmawialiśmy z gośćmi, to dzieci pokazały się jako prawdziwy wskaźnik relacji z babcią, całkowicie neutralny. Siedzieli z takim wyrazem twarzy, jakby przypadkiem weszli z rodzicami na imprezę i pokornie czekali na jej zakończenie.
Mniej więcej w połowie bankietu, gdy zainteresowanie gości jej osobą spadło, teściowa również poczuła się dotknięta i dość głośno wyraziła żal, że wnuki zupełnie nie potrafią się zachować. Wnuki podniosły głowy na babcię, zdziwione takim przemówieniem, i… znów zaczęły patrzeć w telefony.
Nawet nie zaczęliśmy nic komentować, bo co można było powiedzieć dzieciom, które widziały swoją babcię zaledwie kilka razy i teraz oczekiwały od nich uwagi? W budowaniu relacji z dziećmi trzeba zakładać fundament dużo wcześniej, a nie wtedy, gdy one już świadomie mogą decydować, kto jest dla nich babcią, a kto – mamą taty. Tym bardziej, że po jubileuszu teściowa nie zmieni swojego „grafiku”.
