Mój mąż po prostu nie myślał o tym, że nasze związki nie są formalnie zalegalizowane, na szczęście moje pragnienie, aby to zrobić, przyjął zupełnie normalnie

Nigdy nie byłam zwolenniczką „wiązać” mężczyznę pieczątką w paszporcie, dlatego, kiedy poznałam Tomasza i zakochałam się w nim, nie zwracałam uwagi na to, że nie spieszy się do urzędu stanu cywilnego. Co więcej, Tomek uprzedził mnie, że nadal nie jest rozwiedziony ze swoją pierwszą żoną i pomaga jej wychowywać ich wspólne dziecko, pięcioletnią Anię.

Nie miałam nic przeciwko jego córce, Tomek spotykał się z nią zazwyczaj w soboty i nigdy nie rościłam sobie prawa do jego czasu w te dni. Bardzo kocha Anię i stara się, aby nie brakowało jej jego uwagi.

Po dwóch latach naszego wspólnego życia zaszłam w ciążę, a dziewięć miesięcy później Tomasz został po raz drugi ojcem, tym razem naszego syna.

Mieszkaliśmy wtedy w wynajmowanym mieszkaniu i zaczęliśmy myśleć o zakupie własnego. Sami nie dalibyśmy rady udźwignąć takiego obciążenia finansowego, ale moi rodzice, dowiedziawszy się o planach zaciągnięcia kredytu, obiecali pomóc w spłatach.

Minęły trzy miesiące załatwiania wszelkich formalności bankowych i wreszcie wprowadziliśmy się do naszego dwupokojowego mieszkania. Kredyt był na Tomasza, więc to on był oficjalnym właścicielem naszego mieszkania.

Nasze relacje były stabilne i nie budziły we mnie żadnych obaw ani pretensji, nie myślałam też o możliwych zwrotach akcji losu. Z kolei moi rodzice mieli inne zdanie.

Ojciec, tak delikatnie jak mógł, wyjaśnił, że powinniśmy sformalizować nasz związek zgodnie z prawem. Podał mi kilka powodów, dlaczego jest to konieczne, w tym najtrudniejszy do przyjęcia scenariusz, życząc Tomaszowi długiego i zdrowego życia. Wszystkie te powody były przekonujące i prowadziły do wniosku, że w razie czego musiałabym dochodzić prawa własności do mieszkania z oficjalną żoną Tomasza, co dawało mi niewielkie szanse na korzystne rozstrzygnięcie sądu. Wszystko zależałoby od tego, jak zachowa się Katarzyna, pierwsza żona mojego męża.

Postanowiłam porozmawiać o tym z Tomaszem. Rozmowa nie była łatwa, to był praktycznie monolog, po którym Tomasz skinął głową, wstał i gdzieś poszedł.

Przez dwa dni zastanawiałam się, gdzie zniknął, nawet telefon miał wyłączony, a w głowie roiły mi się najgorsze scenariusze. Na szczęście żaden z nich się nie sprawdził.

Kiedy Tomasz wrócił, najpierw do mieszkania wszedł duży bukiet kwiatów i dwa dokumenty. Wręczając mi kwiaty, Tomasz powiedział:

– To wszystko dla ciebie, czytaj!

Pierwszy dokument to było świadectwo rozwodu z Katarzyną, a drugi – wniosek do urzędu stanu cywilnego, na którym brakowało tylko mojego podpisu. Z emocji aż się rozpłakałam i zapytałam, czy nie ma do mnie pretensji za taki „pośpiech”, ale Tomek mnie uspokoił:

– Wszystko w porządku, po prostu o tym nie myślałem, więc jeśli nie masz nic przeciwko, za tydzień bierzemy ślub, już się umówiłem.

Tak oto łatwo i bezproblemowo rozwiązała się ta trudna kwestia. Dobrze, że mąż mnie zrozumiał i nie zaczął wywoływać niepotrzebnych napięć ani oskarżeń o brak zaufania.