Mój mąż to prawdziwa pomocna dłoń (w dobrym tego słowa znaczeniu) dla swojej byłej żony

Z Aleksandrem jesteśmy małżeństwem od pięciu lat, mamy syna. Przed naszym związkiem miał nieudane małżeństwo, które zakończyło się rozwodem po rodzinnej tragedii. Roczna córka złapała zapalenie płuc i, choć to rzadkość w dzisiejszych czasach, lekarze nie byli w stanie nic zrobić. Po tym wydarzeniu małżonkowie nie mogli odbudować swoich relacji i zdecydowali, że najlepszym rozwiązaniem będzie rozstanie.

Poznałam Aleksandra około trzy lata po jego rozwodzie. Po czterech miesiącach znajomości oświadczył mi się i pobraliśmy się. Wkrótce urodził się nasz syn, mamy wspaniałe relacje w rodzinie, ale jest jedno „ale” – mój mąż cały czas pomaga swojej byłej żonie, Marcie.

Marta (znamy się już osobiście) również próbowała ułożyć sobie życie po rozwodzie, i zrobiła to jeszcze szybciej niż Aleksander. Wyszła za mąż, ale szybko się rozwiodła ponownie, bo nowy mąż okazał się nieuczciwym człowiekiem. Ale rozwiodła się już będąc w ciąży. Urodziła chłopca i teraz wychowuje go sama.

Doskonale rozumiem jej problemy i trudności – zarówno materialne, jak i te innego rodzaju: czasowe, moralne itp. Jednak wiele z tych trudności musi rozwiązywać mój mąż, z uwagi na starą przyjaźń. Marta, zrozumiawszy, że Aleksander nie może jej odmówić, zaczęła wykorzystywać jego dobroć na całego. Nie, nie próbuje mnie od niego odbić, ale nie krępuje się dzwonić w nieodpowiednich godzinach i żądać natychmiastowego rozwiązania swoich problemów.

Aleksander zajmował się dosłownie wszystkim! Pomagał kontrolować ekipę remontową, która robiła remont w mieszkaniu Marty, załatwiał jej pracę, woził ją do szpitali, szukał szczepionek dla dziecka, naprawiał hydraulikę… i wiele innych rzeczy. Poza tym, regularnie przesyłał jej pieniądze na kartę – nie były to dla nas duże sumy, ale jednak niepotrzebne wydatki. Najmniej podobało mi się, kiedy Marta zasypywała go swoimi narzekaniami na trudne życie, a Aleksander musiał pełnić rolę darmowego psychoterapeuty – uspokajać ją, doradzać i pocieszać.

Ostatnią kroplą była sytuacja w dniu naszego małego, pięcioletniego jubileuszu. Syn już spał, siedzieliśmy w romantycznej atmosferze przy świecach, powoli pijąc wino i szykując się do przeniesienia się do sypialni, kiedy nagle zadzwoniła Marta. Miała problem z komputerem i panikowała, że nie zdąży z raportem, prosząc, żeby Aleksander natychmiast przyjechał albo przyniósł swój laptop.

Mąż spojrzał na mnie pytająco, nie wiedząc, co robić, więc musiałam mu pomóc. Wzięłam telefon i, zachowując spokój, powiedziałam:

— Marta, przerywasz nam intymny moment, miej trochę przyzwoitości! Niech ten raport spłonie, ale do rana nigdzie nie puszczę mojego męża!

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem rozległy się krótkie sygnały. Mąż wybuchnął śmiechem:

— No proszę! Wprost i bez ogródek, a co najważniejsze – bez dalszych pytań!

Po tym, aby nie czuć się jak oszuści wobec kobiety w “potrzebie”, w pełni zrealizowaliśmy to, co jej powiedziałam. Najciekawsze jest to, że Marta sama poradziła sobie z komputerem tamtego wieczoru, o czym Aleksander dowiedział się następnego dnia, pytając, czy jeszcze potrzebuje jego pomocy.

Zaproponowałam mężowi, żeby utrzymywał kontakt z byłą żoną przez mnie, włączając przekierowanie połączeń. Zawsze znajdę powód, żeby osłonić go przed nadmiernymi prośbami.