Mój mąż wyrzuca produkty, jeśli leżą w lodówce dłużej niż dobę, i uczy nasze dzieci takiego samego podejścia
Mój mąż wychował się w zamożnej rodzinie. Jego ojciec ma swoją sieć sklepów spożywczych, matka Andrzeja nigdy nie pracowała, a jemu i jego dwóm braciom wszystko zawsze przychodziło z łatwością.
Mimo to, gdy dorósł, Andrzej nie polegał na ojcu, lecz zaczął budować swoje życie samodzielnie.
Obecnie prowadzimy normalne życie jako przeciętna rodzina o średnich dochodach, a rodzice męża nie udzielają nam żadnej pomocy. Zauważam jednak, że niektóre nawyki z bogatego dzieciństwa pozostały u mojego męża.
Mamy teraz dwoje nastoletnich dzieci, na które wydajemy sporo pieniędzy. Chodzą na różne zajęcia, chcą nowej odzieży, a ja zaczynam też myśleć o ich przyszłej edukacji i zakupie mieszkania.
W związku z tym musimy oszczędzać. Robię wszystko, aby to osiągnąć, ale Andrzej zupełnie nie rozumie, jak to zrobić. Najbardziej denerwuje mnie to, że ciągle wszystko wyrzuca. Na przykład, jeśli coś leży w naszej lodówce dłużej niż dobę, już jest gotów wyrzucić to do kosza na śmieci.
Na przykład, kiedyś kupiłam chleb na kanapki. Nasze dzieci go uwielbiają.
A tutaj tak się złożyło, że chłopcy pojechali na weekend do przyjaciół, i chleb okazał się niepotrzebny. Po prostu leżał w lodówce, a potem nagle zauważyłam, że prawie cały bochenek leży w worku na śmieci.
– Andrzej – zawołałam męża. – Dlaczego wyrzuciłeś chleb?
– Zobaczyłem, że termin ważności minął wczoraj – odpowiedział Andrzej. – Więc postanowiłem go wyrzucić.
– Chciałam go włożyć do piekarnika i zrobić grzanki – oburzyłam się.
– Jeśli chcesz grzanki, kupmy gotowe w sklepie – zaproponował mąż. – Po co jeść zepsuty chleb?
– On nie jest zepsuty! – krzyknęłam. – Tylko trochę przesuszony!
– I o czym rozmawiać z taką osobą? Jeśli nie rozumie, że np. pizzę, której nie zjedliśmy wczoraj, można po prostu włożyć do zamrażarki, a nie wyrzucać do śmieci? Można zamrozić kiełbasy, wędliny, kotlety? Nie, Andrzej od razu wszystko wyrzuca do kosza!
Już staram się chować przed nim produkty, ale on i tak potrafi je znaleźć i wyrzucić. Ale dobrze, jedzenie to jeszcze pół biedy. Gorzej, gdy chodzi o odzież i inne rzeczy.
Na przykład, kiedyś podarowałam mu piękną, drogą koszulę. Bardzo mu się podobała i często ją nosił. Dlatego trudno sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że ta droga koszula niedbale leży na podłodze.
– Dlaczego koszula leży na podłodze? – zapytałam ostrożnie. – Co się stało?
– A, to żeby nie zapomnieć jej wyrzucić – spokojnie odpowiedział mąż. – Ma dziurkę.
Byłam w szoku.
– Andrzej, mogę ją po prostu zszyć – powiedziałam. – Dlaczego od razu wyrzucać?
– Ojej, jakoś o tym nie pomyślałem – westchnął Andrzej.
– Dobrze, że zdążyłam to zauważyć! W przeciwnym razie wyrzuciłby dobrą rzecz na darmo.
Poza tym, mamy działkę. Czasem z dziećmi chodzimy na wycieczki. Mąż nie rozumie, że na te dwa rodzaje spędzania czasu można przeznaczyć odzież i obuwie, które wyglądają, że tak powiem, nieco zużyte.
Na przykład, nie wyrzucać drogich markowych butów, których podeszwa się trochę przetarła, ale po prostu chodzić w nich na wycieczki lub kopać grządki na działce. To samo dotyczy koszulek, dresów i innych rzeczy.
Ale Andrzej tego jakoś nie rozumie. Co więcej, uczy tego samego nasze dzieci, i zauważam, że synowie wrzucają do kosza na śmieci wszystko, co nie jest im potrzebne.
I nie wiem, jak oduczyć Andrzeja od nawyków z bogatego dzieciństwa i wyjaśnić mu, że jesteśmy przeciętną rodziną i nie możemy sobie pozwolić na wyrzucanie spodni po pierwszym przetarciu ani swetra po pojawieniu się pierwszych kulek.
