Mój narzeczony przed ślubem nagle zaczął wahać się i zmieniać zdanie

Wyobraźcie sobie moje emocje – do ślubu zostały dwa tygodnie, a narzeczony przychodzi i mówi, że musi jeszcze przemyśleć sprawę, bo nie jest gotowy na oficjalny związek.

Przygotowania były gruntowne, spotykaliśmy się jak dorośli przez ponad trzy lata, ale Piotr nie mógł zdecydować się na założenie rodziny, wychowanie dzieci i tak dalej. Oczywiście, wolne związki mają swoje uroki, nikt nikomu nic nie jest winien, wolność relacji, sprawdzanie uczuć. Jednak tak długi okres narzeczeństwa to przesada. Trzeba podjąć decyzję – albo, albo.

Aby zmusić go do podjęcia decyzji, postanowiłam powiązać ją z moimi trzydziestymi urodzinami. Po pierwszych gratulacjach i toastach poprosiłam Piotra, żeby powiedział mi, czego mogę się spodziewać, zaczynając czwartą dekadę życia. Liczba zabrzmiała imponująco, ale od matematyki nie ma ucieczki…

Piotr, usłyszawszy to bezpośrednie pytanie, aż się zakrztusił, ale szybko opanował emocje i poprosił o jeden dzień na zastanowienie. Zgodziłam się łaskawie, a następnego dnia TO się stało – Piotr oświadczył mi się! Wszystko było piękne – bukiet, pierścionek, słowa o miłości, że długo o tym myślał. Słowem, „wydarzenie” odbyło się zgodnie z pełnym ceremoniałem. Zignorowałam to, że sama zainicjowałam oświadczyny, i usiedliśmy, aby zaplanować, co i jak.

Oczywiście, gdy oboje mamy ponad trzydzieści lat, zbyt wystawny ślub nie wydawał się logiczny. Nasz staż w związku też nie wymagał udawania cnotliwej panny młodej.

Jednak wydarzenie było dla mnie bardzo ważne, więc uroczystość musiała się odbyć. Omówiliśmy liczbę gości, opcje z restauracjami i kawiarniami, zasadniczo nie było rozbieżności, pozostały kwestie techniczne i organizacyjne.

Nasza ceremonia miała się odbyć za miesiąc. Powiadomiliśmy wszystkich naszych nielicznych gości już następnego dnia, przyjęliśmy gratulacje z okazji oficjalnych zaręczyn i zaczęliśmy przygotowania do tego wielkiego dnia.

Minęło około dwóch tygodni, a wieczorem po pracy zjawił się mój narzeczony. Jego wygląd był daleki od tego, jaki powinien mieć ktoś przygotowujący się do ślubu. Zapytałam, co się stało, a jego odpowiedź mnie zszokowała:

— Monika, wiesz, może odłóżmy ślub… Wszystko wydarzyło się tak nagle, chciałaś się pobrać, ja w zasadzie nie jestem przeciwny, ale chcę jeszcze trochę przemyśleć…

Piotr coś jeszcze mamrotał, już nie pamiętam co, a we mnie rosła fala emocji – goście zaproszeni, restauracja zarezerwowana, w urzędzie data i godzina ustalone, a tu – potrzeba przemyślenia. Na zastanowienie, co odpowiedzieć, nie potrzebowałam dużo czasu:

— Wiesz co, myślicielu, idź sobie…

Wskazałam „narzeczonemu” kierunek wyjścia i wyprowadziłam go za drzwi. Potem nalałam sobie koniaku, wypiłam, nalałam jeszcze raz i usiadłam z telefonem – odwoływać wizyty rodziny i znajomych z mojej strony. Rozmowy były dość monotonne, wszyscy się dziwili i współczuli. W końcu lista abonentów się skończyła, wzięłam prysznic i poszłam spać z myślą, że jutro odwiedzę urząd stanu cywilnego i restaurację, aby odwołać ślub.

Następnego dnia pobiegłam do tych miejsc, wysłuchałam kondolencji z powodu nagłego odwołania ślubu, dogadałam się z administratorem restauracji o zwrot połowy zaliczki (chociaż tyle, mogli nie zwracać nic) i wróciłam do domu.

Kolejne dni mijały w melancholijnej rutynie, w pracy wykonywałam obowiązki automatycznie. Kolegom oczywiście też powiedziałam o zmianie planów związanych ze ślubem. Szczerze mówiąc, to właśnie oni mnie wsparli, bez sentymentalnych rozmów, po prostu rozmawiali normalnie i nie wtrącali się w moje sprawy.

I oto – piątkowy wieczór. Myślałam, że zorganizuję sobie uroczystą kolację i wyjdę z tego negatywnego nastroju, ale nagle – kolejny wstrząs – zjawił się mój narzeczony! Znowu z kwiatami, z przepraszającym uśmiechem i w pełnym galowym stroju. Patrząc na niego, domyśliłam się, o co chodzi, i nie pomyliłam się:

— Moniko, przepraszam, powiedziałem głupstwo o odłożeniu ślubu, zapomnij o tym, co mówiłem, pobierzmy się jednak!

Patrzyłam na Piotra i nie wiedziałam, co odpowiedzieć na jego ponowne oświadczyny. Potem zapytałam:

— Tak, mówisz to po tym, jak wszyscy już wiedzą, że ślub się nie odbędzie? Kiedy odwołano rezerwację restauracji, a termin w urzędzie stanu cywilnego jest anulowany? Nawet jeśli się zgodzę, a to bardzo dyskusyjna kwestia, to nie chciałabym wyglądać jak idiotka!

Niedoszły narzeczony zaczął przepraszać ponownie, powiedział, że weźmie na siebie wszystkie konfliktowe kwestie organizacyjne, ale poprosiłam go, aby dał teraz mi czas na przemyślenie.

I oto – myślę już trzeci dzień. Co mam z tym zrobić? Przyjaciółki radzą, aby poświęcić dumę, wsłuchać się w uczucia i (są pewne, że te uczucia są bardzo silne) wybaczyć, a więc zgodzić się na ślub.

Z jednej strony też skłaniam się ku takiej decyzji, z drugiej jednak mam, jak w tym filmie, mgliste wątpliwości… Co będzie potem, gdy już będziemy małżeństwem? A jeśli Piotrowi znowu coś strzeli do głowy, inaczej nie mogę tego nazwać, na przykład, gdy zajdę w ciążę, a on poprosi o przerwę na zastanowienie się, czy jest gotów zostać ojcem?

Słowem – pytań jest więcej niż odpowiedzi. Może wy mi podpowiecie?