Moja była synowa ciągle do mnie dzwoni. Twierdzi, że pieniędzy, które mój syn przekazuje na dziecko, absolutnie nie wystarcza. Wysłałam paczkę z ubraniami i jedzeniem. Po kilku dniach znów telefon – że dziecko tego nie je, a rozmiar ubrań zupełnie nie ten. Przelałam jej tysiąc hrywien – znowu źle, bo to „za mało”. Obiecałam, że z następnej wypłaty doślę kolejne pieniądze. Dziś znów nie spałam w nocy. Serce boli, że w naszej rodzinie wszystko tak się potoczyło
Od samego początku byłam przeciwna temu małżeństwu. Już przy pierwszym spotkaniu z przyszłą synową wiedziałam, że to nie jest odpowiednia kobieta dla mojego syna. Gospodyni z niej żadna, uroda przeciętna, wykształcenie tylko podstawowe, a wymagania jak u księżniczki. Ciągle tylko:
– A co mi kupisz?
– A jaki prezent dostanę?
– Daj pieniądze, bo potrzebuję.
Do mnie odnosiła się chłodno, bez szacunku, jak do obcej osoby. Ale syn był nieugięty:
– Mamo, ja kocham Monikę i się z nią ożenię.
No cóż, odbyło się wesele.
Młodzi wynajęli mieszkanie, chociaż proponowałam, żeby zamieszkali ze mną. Synowa od razu się nie zgodziła. Może to i lepiej.
Po roku urodził się wnuk. Dla mnie i syna – wielkie szczęście. Dla Moniki – raczej przeszkoda, bo chciała „jeszcze pożyć dla siebie”. Przez trzy lata była na urlopie macierzyńskim. Mój syn Paweł pracował na dwóch etatach, zarabiał dobrze, ale jej ciągle było mało.
Potem zaczęła zmieniać prace jak rękawiczki: kasa w sklepie, portiernia, sprzedaż kosmetyków. W ciągu jednego roku! Nigdzie nie potrafiła zagrzać miejsca – wszędzie coś jej nie pasowało.
Zresztą to właśnie przez tę ostatnią „pracę” doszło do rozwodu. Elastyczne godziny, ciągłe tłumaczenia, że jest „u klientki”… aż wyszło na jaw, że znalazła sobie innego mężczyznę. Sama tego nie ukrywała. Gdy wnuk miał cztery lata, rozwiedli się. Co ciekawe – tamten mężczyzna bardzo szybko ją zostawił. Widocznie miał swoje powody.
Monika wróciła do rodziców, Paweł wynajął mniejsze mieszkanie i zaczął spotykać się z inną kobietą. Ale o dziecko dbał: kupował wszystko, co trzeba, dawał pieniądze i często zabierał syna do siebie. Początkowo Monika nie występowała o alimenty, bo dostawała pieniądze do ręki – i to niemałe. Wystarczało jej nawet na własne przyjemności.
Aż nagle oznajmiła, że wychodzi ponownie za mąż, zabiera dziecko i przeprowadza się do innego miasta. Ledwo wyjechała, a już do pracy syna przyszło oficjalne pismo o alimentach. Bez problemu – Paweł zaczął płacić.
I wtedy zaczęły się telefony do mnie:
– Ja wiem, ile pani syn zarabia! Co to za grosze?!
– Z takim ojcem dziecko będzie niedożywione!
– On już nie ma się w co ubrać!
Zadzwoniłam do syna, a on mówi:
– Ona też mnie ciągle nęka. Raz się chwali, że jej nowy mąż zarabia więcej ode mnie, a raz robi awantury, że dziecku niczego nie kupuję. Nie daje mi nawet porozmawiać z synem, nastawia go przeciwko mnie. Mały już mówi na jej męża „tato”. Dość. Będę płacił tylko alimenty – ani grosza więcej.
A ja nocami nie śpię. Myślę o wnuku. Czy on naprawdę czegoś nie ma? Czy ona mówi prawdę?
Nie jestem jeszcze na emeryturze – zostały mi dwa lata. Pracuję, ale zarabiam niewiele. Mimo to zaczęłam wysyłać paczki: ubrania, słodycze, różne drobiazgi. Na jakiś czas była cisza. Potem znów telefon:
– Proszę nie wysyłać ubrań, bo nie trafia pani z rozmiarem ani z porą roku.
– Lepiej wysłać pieniądze, ja sama wszystko kupię.
Wysłałam tysiąc hrywien. Po chwili znów telefon:
– Pani żartuje? To starczy tylko na czapkę, szalik i rękawiczki!
Obiecałam, że z następnej wypłaty wyślę jeszcze tysiąc.
I teraz nie wiem, co robić.
Czy dalej wysyłać te pieniądze… czy wreszcie przestać?
