Moja przyjaciółka znowu narzekała na swojego męża. To wtedy podjęłam decyzję, której szybko pożałowałam

Dla niektórych kobiet „mąż przyjaciółki” to wyzwanie samo w sobie. Chcą udowodnić sobie, że jeszcze na wiele je stać, i poczuć, że mężczyzna, który na co dzień ma żonę, gotów jest spełniać ich zachcianki. To jednak gra, która nie przynosi niczego dobrego.

Mieszkam w niewielkim miasteczku, gdzie wszyscy się znają i plotki rozchodzą się z prędkością światła. Zawsze dziwiło mnie, że o kimś, kogo sąsiadka obgadywała pół godziny wcześniej, można się potknąć po drodze do sklepu. Ostatnio jednak to ja stałam się bohaterką lokalnych rozmów. Cóż, nie każdy patrzy na mnie ze zrozumieniem, ale dla wielu życie innych jest bardziej interesujące niż własne.

Moja przyjaciółka, Ala, regularnie żaliła mi się na swojego męża, Bartka. Pewnego dnia, gdy Bartka nie było w domu, opowiedziała mi historię o tym, jak wręczył jej różę. Jedną, zapakowaną w celofan. Zamiast ucieszyć się z drobnego gestu, Ala była wściekła. Uznała, że taka „żałosna” róża to coś niegodnego i urządziła Bartkowi awanturę. Słuchałam jej z niedowierzaniem, bo dla mnie, samotnej kobiety, nawet taka róża miała wartość.

To wtedy zaczęłam się zastanawiać: jak ludzie mogą ze sobą mieszkać, nie szanując się wzajemnie?

Ala od dawna traktowała Bartka jak chłopca, którym trzeba kierować. Przypomniałam sobie, jak kiedyś wycięła mu linię w brodzie maszynką do golenia, bo zapuścił zarost, który jej się nie podobał. A Bartek? Przełknął to w milczeniu.

Wtedy wpadłam na pomysł. Zapytałam Bartka, czy nie miałby ochoty spotkać się ze mną na kawie. Wydawało mi się, że potrzebuje kogoś, kto go wysłucha i okaże mu odrobinę wsparcia. Nie planowałam niczego więcej. Nie wiedziałam jednak, że ta decyzja pociągnie za sobą lawinę wydarzeń.

Na naszym pierwszym spotkaniu Bartek otworzył się przede mną. Przyznał, że jego małżeństwo z Alą to pomyłka. Wspomniał, że nigdy nie zdecydowali się na dzieci, a on czuje się samotny i niedoceniony. Zaczęliśmy się regularnie widywać. Może nie powinnam była tego robić, ale między nami pojawiła się więź, której oboje nie potrafiliśmy zignorować.

Przez kilka tygodni wszystko układało się dobrze. Bartek spędzał ze mną czas, a Ala nawet nie zauważyła, że coś jest nie tak. Była zbyt zajęta swoim nowym „hobby” — tworzeniem biżuterii z chińskich koralików.

Niestety, nasze spotkania ujawniła przypadkowo wspólna znajoma, która zobaczyła nas razem. Wszystko rozeszło się lotem błyskawicy. Ala zrobiła mi awanturę, nazwała mnie „rozbijaczką rodzin” i zerwała z nami kontakt. Bartek, zamiast stanąć po mojej stronie, wycofał się i wrócił do żony. Powiedział, że nasze spotkania były błędem.

Teraz połowa miasteczka patrzy na mnie z pogardą. Ludzie odwracają wzrok na mój widok, ale prawdę mówiąc, nie obchodzi mnie to. Żyję dalej. Pracuję, zajmuję się sobą, a życie toczy się swoim rytmem.

Słyszałam, że Ala i Bartek pogodzili się i teraz można ich zobaczyć razem na spacerach, objętych jak nigdy wcześniej. Może powinnam poczuć satysfakcję? W końcu to ja dałam im impuls do zmiany.

Dla mnie to była ważna lekcja. Jeśli mężczyzna nie jest gotów walczyć o swoje szczęście, to i mnie ono nie jest potrzebne. Życie w pojedynkę wcale nie jest takie złe. A co przyniesie przyszłość? Zobaczymy. W morzu jest jeszcze wiele ryb.