Na siostrzeńców mąż zawsze ma czas – na spacery, wypady na ryby, na wycieczki, na zawody. Nie przegapił ani jednych urodzin. Wszystko byłoby w porządku, gdyby przy tym nie brakowało mu czasu dla własnych dzieci, które co najwyżej pogłaszcze wieczorem po głowie. I ma na to świetne wytłumaczenie – dzieci siostry rosną bez ojca, potrzebują męskiej ręki. Teraz wychodzi na to, że nasze dzieci rosną bez ojca
Siostra męża, Anna, wyszła za mąż rok przed nami. Wtedy już spotykałam się z mężem, więc byłam na weselu. W dniu ślubu Anna miała już mały brzuszek, ich rodzina oczekiwała na powiększenie.
Małżeństwo siostry męża trwało siedem lat, zawsze wydawało mi się, że było idealne. Dlatego kiedy pojawiła się wiadomość o rozwodzie, nie wiedziałam, co myśleć. Okazało się, że mąż Anny był niezłym bawidamkiem, a Anna miała dość łapania go na zdradach i złożyła pozew o rozwód. W tym czasie mieli już dwoje dzieci.
Teściowa bardzo się martwiła, że dzieci będą rosły bez ojca, prosiła córkę, żeby nie podejmowała pochopnych decyzji, ale Anna była nieugięta.
– On i tak nie zajmował się dziećmi, więc nie zamierzam z nim żyć tylko dla ich dobra – odpowiedziała stanowczo.
– Mamo, pomogę Annie wychować dzieci, jestem przecież facetem – dodał mój mąż.
Mieli z siostrą dobre relacje, a siostrzeńców bardzo kochał. Nie miałam nic przeciwko.
Dzieci Anny miały siedem i pięć lat, moje były młodsze – pięć i trzy lata. U niej syn i córka, u mnie to samo. Nasi synowie mają po pięć lat, urodzili się w odstępie dwóch miesięcy.
Nie miałam nic przeciwko temu, żeby mąż spędzał czas z siostrzeńcami. Zwłaszcza że były mąż Anny po rozwodzie zapomniał o dzieciach.
Jego obowiązki ojca zaczął wypełniać mój mąż. W pełni zaangażował się w wychowanie siostrzeńców – ciągle chodził z nimi na spacery, organizował im święta, zabierał na zajęcia i jeździł z nimi na zawody. Siostrzeńcy go po prostu uwielbiają.
Niestety, tego samego nie mogę powiedzieć o naszych dzieciach. Mąż zajmuje się nimi na zasadzie „jeśli zostanie mi czas po siostrzeńcach”. Próbowałam, żebyśmy wspólnie spędzali czas z dziećmi, ale nie wychodziło. Dziewczynki mają dużą różnicę wieku, a chłopcy ciągle się biją, walcząc o uwagę męża. Postanowiliśmy więc, że lepiej jednak podzielić ich czas.
Zachowanie męża bardzo mnie martwi. Dla siostrzeńców potrafi wstać o piątej rano w dzień wolny, żeby pojechać z nimi na zawody – trenują jakieś sztuki walki. A dla naszych dzieci nie może znaleźć sił, żeby po pracy wyjść z nimi na podwórko. Wraca z pracy, pogłaszcze dzieci po głowie i zasiada przed telewizorem. Albo znowu idzie do siostrzeńców.
– Wasze dzieci rosną w pełnej rodzinie, a dzieci Anny zostały bez ojca. Wiktor stara się, żeby nie czuły się gorsze – przekonuje mnie teściowa.
Ale co to za pełna rodzina, jeśli ojciec zajmuje się obcymi dziećmi. Mam wrażenie, że moje dzieci nie mają ojca. Mówiłam mężowi, że postępuje niewłaściwie, ale on mnie nie rozumie. Ma w głowie to samo, co teściowa – my mamy pełną rodzinę, Anna nie, jej trzeba pomagać.
Mąż nawet nie wie, do jakiego przedszkola chodzi nasza córka, ani razu tam nie był. Za to na przedstawienia siostrzeńca potrafił się zwolnić z pracy. Prezenty siostrzeńcom kupuje sam, bo zna ich gusta, ale co lubią jego własne dzieci, czym się interesują – nie ma pojęcia.
Kiedy dzieci miały ospę, Wiktor wyprowadził się do teściowej, bo dzieci Anny nie chorowały na nią, a on nie chciał ich zarazić. I tak jest ze wszystkim – na pierwszym miejscu są siostrzeńcy, a reszta na zasadzie „jak zostanie czas”.
Nie wiem, jak mam wytłumaczyć mężowi, że podczas gdy on zajmuje się siostrzeńcami, traci własne dzieci. Nie mówię, że ma o nich zapomnieć, ale jakoś trzeba znaleźć równowagę, żeby starczyło czasu i na siostrzeńców, i na swoje własne dzieci. Bo podczas gdy dobry wujek Wiktor poświęca uwagę siostrzeńcom, rodzona córka i syn niedługo zapomną, jak wygląda ich ojciec.
