Narzeczony przygotował niespodziankę, ale narzeczona go uprzedziła
– Nie rozumiem, dlaczego mnie okłamujesz!
– Skąd w ogóle taki pomysł, że kłamię?
– Stąd, Piotrze, stąd. Nigdy nie mówisz mi, ile zarabiasz. Nie rozumiesz, jak bardzo mnie to irytuje.
– Niczego przed tobą nie ukrywam. Po prostu nie opowiadam o tym na każdym kroku i nie pokazuję liczb. Nie ufasz mi?
– Już sama nie wiem. Może tak, może nie.
– Świetnie się zapowiadają nasze przyszłe relacje w małżeństwie! Wierz mi, niczego przed tobą nie ukrywam.
– To pokaż swoje dochody!
– Po co?
– Chcę wiedzieć, ile zarabiasz!
– Ale po co ci ta informacja?
– Bo wkrótce będziesz moim mężem! A ty masz przede mną sekrety.
– Nie mam sekretów, ale nie podoba mi się, że żądasz ode mnie szczegółowych sprawozdań finansowych.
– Właśnie na tym polega zaufanie!
– A ja myślałem, że zaufanie polega na tym, że wierzysz w to, jak zarządzam swoimi pieniędzmi.
– Nie!
Ten dialog odbył się prawie pół roku temu. Choć narzeczeni więcej do tego tematu nie wracali, napięcie między nimi nie zniknęło.
Piotr uparcie nie chciał mówić, na co wydaje swoją pensję, a Anna przestała pytać.
Kiedy przypadkiem dowiedziała się, że Piotr sprzedał swój samochód, jej złość sięgnęła zenitu.
– Po co sprzedałeś samochód? Przecież był prawie nowy!
– No, nie do końca nowy. Sprzedałem, bo pojawiły się ważniejsze wydatki.
– Jakie? Na ślub już odłożyliśmy. Nie planowaliśmy nic dużego. Chyba że chcesz kupić nowy samochód?
– Zobaczymy.
– „Zobaczymy”? Co to za odpowiedź? Możesz choć raz szczerze powiedzieć, na co chcesz wydać pieniądze?
– Niedługo się dowiesz.
Jadąc taksówką obok nowo budowanego osiedla, Piotr zapytał:
– Jakie piękne miejsce! Chciałabyś tu mieszkać?
– Tak, miejsce super. Ale pewnie drogo.
– Teraz wszystko jest drogie. Ale faktycznie lokalizacja świetna. I budynek zapowiada się znakomicie.
– Pewnie – odparła Anna obojętnie, starając się unikać kontaktu wzrokowego z Piotrem.
Tydzień przed ślubem Piotr zabrał narzeczoną w „nowe, fantastyczne miejsce”. Nagle taksówka zatrzymała się przed dobrze już znaną budową. A właściwie przed biurem sprzedaży.
– Po co tu jesteśmy? – zapytała podejrzliwie Anna.
– Mam coś do załatwienia. Dosłownie pięć minut.
– Musisz koniecznie teraz?
– Nie denerwuj się. To tylko chwilka. Chodź!
Niechętnie Anna poszła za Piotrem. W sali konferencyjnej czekał już na nich przedstawiciel z dokumentami na stole.
– Dobry wieczór!
– Dobry wieczór, panie Piotrze! Jak pan prosił, wszystko gotowe – powiedział, przesuwając papiery w ich stronę, po czym wyszedł.
– Przeczytaj – poprosił Piotr.
– Po co?
– Po prostu przeczytaj.
Anna otworzyła teczkę i zaczęła czytać. Po chwili zapytała podejrzliwie:
– Kupiłeś mieszkanie?
– „My” kupiliśmy mieszkanie. A raczej kupimy, gdy zostaniemy małżeństwem.
– Nie rozumiem!
– Zobacz, bank uwzględnia dochody tylko małżonków. Mam pewne kontakty, dzięki którym bank zaakceptował nasz wniosek o kredyt, jakbyśmy już byli po ślubie. Jak tylko podpiszemy akt małżeństwa, podpiszemy też te dokumenty.
Anna wydawała się oszołomiona. Przewracała kartki umowy, myśląc o czymś innym.
Piotr energicznie kontynuował:
– Teraz rozumiesz, dlaczego nie mówiłem ci, na co idą moje pieniądze?
– Nie. Nie rozumiem.
– Co? Nie podoba ci się mój prezent na nasz ślub?
– Nie… Doceniam mieszkanie. Ale ten niespodzianka… Ty nic mi nie powiedziałeś!
– Na tym polega niespodzianka, prawda?
– Tak… Rozumiem. Ale wiesz… Nie, doceniam mieszkanie. Tylko…
– Tylko co znowu nie tak?
– Nie kupimy tego mieszkania.
– Co?! Dlaczego?
– Bo… odchodzę, Piotrze.
Piotr znieruchomiał. Wyraz zdumienia wydawał się zastygły na jego twarzy.
– Gdzie? Do kogo?
– Nie znasz go. To nieważne.
– Dlaczego? Dlaczego? – jego krzyk zamienił się w szept.
– Bo ukrywałeś przede mną swoje zamiary.
– Jakie zamiary?
– To mieszkanie!
– Przecież to prezent. Niespodzianka!
– Nie lubię niespodzianek.
– I dlatego odchodzisz?
– Nie, oczywiście. Po prostu… Kocham innego.
– A mnie?
– Nie wiem.
Piotr wyszedł z biura.
Na ulicy odruchowo zaczął szukać swojego samochodu. Gdy przypomniał sobie, że już go nie ma, ruszył pieszo. Miał nadzieję zamarznąć w zimowym listopadowym powietrzu, zanim dotrze do metra lub zdecyduje się zamówić taksówkę.
Pięć dni później, w ostatnim dniu rezerwacji mieszkania, Piotr podpisał umowę z deweloperem. Bank przyznał mu kredyt, już tylko na jedną osobę. Wzrost wkładu własnego znacząco w tym pomógł.
Teraz był winien swoim przyjaciołom pieniądze, ale mieszkanie naprawdę mu się podobało. Nawet bez jego prawie-żony. A może już zupełnie nie-żony.
Poświęcił zbyt wiele dla tego mieszkania. W każdym możliwym sensie.
