Nasz syn kupuje jedzenie za własne pieniądze i podpisuje je, żebyśmy nie brali
Jesteśmy przeciętną rodziną. Pracuję jako dyrektorka muzyczna w przedszkolu, mój mąż jest kierowcą w firmie. Mamy dwunastoletniego syna. Mieszkamy we własnym mieszkaniu, które mąż odziedziczył po swojej babci, więc nie mamy problemów z hipoteką ani wynajmem.
Jeśli chodzi o jedzenie, u nas też jest wszystko proste. Do niedawna wszyscy byli zadowoleni, przynajmniej tak myślałam. Mąż nigdy nie był wybredny, je wszystko. Zwłaszcza że naprawdę dobrze gotuję. Ale ostatnio w naszej lodówce zaczęły pojawiać się obce produkty, które urozmaicały menu naszego syna.
Właśnie syna, ponieważ nie możemy ich dotykać, bo Władysław kupuje je za swoje pieniądze.
Jak każde dziecko, ma swoje oszczędności, to, co dajemy na drobne wydatki, plus coś od dziadków, a także prezenty na święta i urodziny, które Władysław również woli dostawać w banknotach.
Nasz syn jest odpowiedzialny i oszczędny, a do tego troskliwy i dobry, sami go tak wychowaliśmy. Jeśli potrzebujemy drobnych pieniędzy, na przykład na zakup chleba lub czegoś do stołu, zawsze kupuje to za swoje pieniądze.
Oczywiście potem oddajemy mu wydaną kwotę, często, jak żartujemy, z odsetkami. Ale ostatnio zaczęło nas dziwić to, że nasz chłopiec postanowił kupować sobie dodatkowe jedzenie.
Na przykład wędzony boczek, różne pasztety (które bardzo lubi) albo jakąś kiełbasę. W zasadzie nie ma w tym nic złego. To są jego pieniądze i wydaje je, jak chce. To normalne.
Inne nas zaskoczyło: Władysław zaczął podpisywać swoje produkty i owijać je tak, że zawsze można było się zorientować, czy ktoś poza nim je ruszał, czy nie. Na początku z mężem śmialiśmy się z tego i zapytaliśmy syna, dlaczego to robi. Na co otrzymaliśmy taką odpowiedź:
– A dlaczego was to dziwi? Już sto razy kupowałem chipsy czy cukierki i zjadałem je sam. Teraz chcę pasztetu.
– No dobrze, ale po co podpisywać? – dalej pytaliśmy.
– Bo to moje jedzenie. Planuję, co będę jadł, z wyprzedzeniem. Na przykład ta puszka pasztetu wystarczy mi na dwa razy: na kolację i na śniadanie – spokojnie tłumaczył Władysław.
– Czekaj – nie rozumiał jego ojciec – a makaron z kotletami i zupa, tego nie będziesz jadł?
– Będę. Ale to jest wspólne, mama gotuje dla wszystkich. A to moje produkty – szczerze dziwił się naszemu zdziwieniu syn.
– No to wszystko jasne – pokiwałam głową. – Powiedz tylko, po co to podpisywanie? Żebyśmy tego nie brali?
– Tak – całkiem poważnie odpowiedział nam Władysław. – Jeśli będziecie chcieli, zapytajcie mnie, to wam dam, przecież nie jestem skąpy. Ale nie bierzcie po prostu tak, ja liczę na to, że coś mam.
Na tym nasza rozmowa się zakończyła. Z mężem śmialiśmy się z niezwykłego podejścia syna do kwestii jedzenia, a potem postanowiliśmy podzielić się tym z bliskimi: rodzicami i przyjaciółmi.
Ale nikt nas nie poparł! Wręcz przeciwnie, wszyscy twierdzili, że jesteśmy głupi, bo nie widzimy oczywistych rzeczy.
– On wam na starość nawet szklanki wody nie poda! – krzyczało starsze pokolenie krewnych.
– My nigdy nie moglibyśmy żyć jak w akademiku, jak wy! – oburzali się nasi rówieśnicy.
– Trzeba mu dać pas, żeby zapomniał, jak to jest chować jedzenie przed rodzicami! – nalegała męska połowa rodziny.
– To i ty podpisuj barszcz i zaznaczaj, kto ile zjadł – pouczały kobiety.
Oczywiście, ani pierwszego, ani drugiego, ani trzeciego nie zrobiliśmy. Nasz syn uczy się żyć w społeczeństwie i bronić tego, co należy do niego. Za jakiś czas będzie mieszkał sam i ta umiejętność na pewno mu się przyda.
Oczywiście z mężem dobrze się zastanowiliśmy, zanim doszliśmy do takiego wniosku. Ale to właśnie on wydaje nam się jedynym słusznym. W końcu nam też by się nie spodobało, gdyby w pracy ktoś bez pozwolenia wziął nasz lunch-box, prawda? Dlaczego więc dziecko nie może zrobić tego samego?
Oczywiście możemy mu kupować to, na co ma ochotę, ale często są to chwilowe pragnienia, których nie da się przewidzieć.
Wraca ze spaceru czy ze szkoły, wymyślił, czym chce się poczęstować, wszedł i kupił. Dziwne, że nikt z naszych bliskich nas nie poparł. Szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy się tego wcale.
