Nie ojciec biologiczny, lecz ten, który wychował
Od zawsze marzyłam o dużej rodzinie. Kiedy w wieku dwudziestu lat poznałam Olgierda, wydawało się, że spełnią się moje marzenia. Był solidny, pracowity, z własnym domem. Wydawało się, że to idealny kandydat na męża.
Ale los miał dla mnie inne plany. Kiedy Olgierd poszedł do wojska, ja uległam pokusie i związałam się z innym mężczyzną. Skończyło się szybkim rozstaniem i powrotem do rodzinnej wsi. Tam, ku własnemu zaskoczeniu, odkryłam, że jestem w ciąży.
Nie wiedziałam, co robić. Nie chciałam krzywdzić Olgierda, ale i dziecka nie potrafiłam odrzucić. Postanowiłam urodzić w tajemnicy i przedstawić dziecko jako wcześniaka. Olgierd uwierzył.
Życie potoczyło się zaskakująco dobrze. Olgierd okazał się kochającym ojcem, a ja starałam się być dobrą matką. Jednak strach przed odkryciem prawdy nie dawał mi spokoju. Kilkakrotnie zdecydowałam się na przerwanie ciąży, bojąc się kolejnego dziecka i konsekwencji, jakie może to przynieść.
Wszystko zmieniło się, gdy nasz syn wpadł do studzienki. W obliczu zagrożenia życia dziecka prawda wyszła na jaw. Okazało się, że to nie Olgierd jest biologicznym ojcem. Mimo szoku, Olgierd stanął na wysokości zadania. Dzięki niemu udało się uratować syna.
Wtedy zrozumiałam, że najważniejsze jest nie to, kto biologicznie jest ojcem, ale kto pełni tę rolę w życiu dziecka. Olgierd był dla naszego syna prawdziwym ojcem.
Niestety, nasze starania o kolejne dziecko spełzły na nic. Postanowiliśmy adoptować córkę. Olgierd kochał ją jak własną.
Dziś patrzę na swoją rodzinę i czuję ogromną wdzięczność. Mimo błędów, które popełniłam, udało nam się stworzyć ciepły dom. Olgierd jest dla mnie nie tylko mężem, ale i najlepszym przyjacielem. A nasze dzieci są największym szczęściem naszego życia.
Choć przeszłość wciąż czasem wraca w koszmarnych snach, staram się żyć pełnią życia i cieszyć każdą chwilą. Bo życie jest zbyt krótkie, by skupiać się na błędach.
Autorka opowieści pragnie zachować anonimowość.
